Słuchane podczas pisania...

poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział 4

Bezsenność. Dokuczliwa, ciągnąca się niemiłosiernie od kilku lat bezsenność była przypadłością, z którą Alex musiała zmagać się każdego dnia. Rano wstawała do szkoły i przysypiała na lekcjach. Było to w jej przypadku coś zupełnie normalnego, przyzwyczaiła się już dawno do podkrążonych oczu i uczucia zmęczenia.
Niekiedy miękki materac łóżka wydawał być twardy niczym płytki chodnika, a biel sufitu zmieniała się w niebo rozświetlone milionem gwiazd. Nie istniało nic poza tym prywatnym niebem, chłodną miękkością pościeli i lodowatym powietrzem wpadającym przez okno. Czuła się trochę, jakby śniła na jawie. Zatopiona we własnych myślach.
Ten chroniczny brak snu nie był gorszy od wiecznej samotności. Nigdy nie miała kogoś, z kim mogłaby podzielić się swoimi przemyśleniami. Dlatego też po jakimś czasie stała się zimna, zimna niczym lód i w równym stopniu krucha. Ukrywała wrażliwość pod maską obojętności i całkiem nieźle jej to wychodziło.
To właśnie w nocy jej największe słabości wychodziły na jaw, jak stado ruchliwych, małych pająków rozbiegały się na wszystkie strony. Czasami pozwalała sobie na płacz. Nie przeraźliwy, głośny szloch, zaledwie kilka łez. Starała się zachować resztki wewnętrznej siły. Nienawidziła być sobą. Gdyby tylko mogła, niechybnie zamieniłaby swoje ciało i umysł na ciało i umysł kogoś zupełnie innego. Szczęśliwego, najlepiej głupiego. Bycie nieinteligentnym jest o wiele łatwiejsze, ponieważ nie ma się w głowie tylu nieposkładanych myśli.
Zastanawiała się, czy gdyby rzeczywiście byłaby kimś innym, też spotkałoby ją coś równie okropnego. Na samą myśl o wydarzeniach sprzed lat sztywniała i bała się oddychać w obawie, że coś rozsadzi jej płuca. Serce zaczynało tłuc się w piersi, a Alex czuła, że za moment wyleci przełykiem wraz z zawartością żołądka i wnętrznościami.
Po dzieciach niesamowicie utalentowanych matematyków oczekuje się bezwarunkowej idealności. MUSZĄ mieć takie zdolności, jak rodzice. MUSZĄ bez problemu dostosowywać się do wszystkich zasad. MUSZĄ być dumne z tego, kim są. I tutaj docieramy do kolejnego momentu, w którym można wyjaśnić dlaczego Alex od zawsze była niczym wybrakowany kawałek układanki.
Max odziedziczył po ojcu wszystko, co najlepsze - począwszy od przenikliwego spojrzenia, kruczoczarnych włosów i szerokich barek, a skończywszy na niebywałej zdolności logicznego myślenia. Czego więc można spodziewać się po jego przyrodniej siostrze, córce przypadkowej studentki, która wsiadła pijana za kierownicę i zginęła wiedząc, że w domu czeka na nią dziecko? Niczego. Mimo tego, że do szanowanego na całym świecie geniusza, George'a Cranstona, zwracała się "tato", nie łączyło jej z nim absolutnie nic.
Po pierwsze - nie wybaczyła ojcu tego, że zostawił ją samą z Maksem i gosposią kiedy miała zaledwie sześć lat. Wyjechał do Szwajcarii, gdzie wykonywał kolejną tajną i wyjątkowo ważną robotę ściśle związaną ze swoją profesją. Po drugie - nie miała po nim nawet nazwiska. Po trzecie - nikt nawet nie wiedział, że George Cranston ma dwójkę nieślubnych dzieci.
Nie nienawidziła go. Ale też nie kochała. Był jej obojętny.
Wypadek matki czy to, że musiała błyskawicznie dorosnąć, nie zostawiły wcale trwałego śladu na jej psychice. Kiedyś nie była nawet wrażliwa, ta cecha ukształtowała się dopiero po jakimś czasie, gdy zaczęła doznawać okrucieństwa świata na własnej skórze. Wcześniej była normalna. Normalna, jak każdy inny dzieciak.
Tylko do szóstego roku życia.
Tylko do pewnego grudniowego dnia.
Tylko do momentu, w którym zaczęła bać się ludzi i po raz pierwszy nie mogła znieść ich obecności, czując się zduszona. Tak, jakby każdy był zły. Każdy chciał zrobić jej krzywdę. Każdy chciał, żeby jeszcze raz zabolało.
Któregoś dnia popatrzyła na swoje odbicie w lustrze i z furią cisnęła w nie szczotką do włosów. Szklana tafla rozprysła się po podłodze, tak samo jak Alex. Była roztrzaskana, zniszczona.
Już dawno pogrążyła się w morzu nienawiści i utopiła się w nim, tracąc zdolność do oddychania. Tkwiła pod powierzchnią. Martwa.
Udało jej się zasnąć dopiero nad ranem. Ostatnimi słowami, które wypowiedziała w myślach, było tak często powtarzane przez nią kłamstwo.
Czuję się dobrze.

***

- Mam ochotę ukręcić ci łeb.
Matt doskonale wiedział, że to jedyne słowa, które są w stanie przerwać milczenie między nim i Jamesem. Nie chciał znowu tracić przyjaciela na dobre kilka tygodni, bo wiedział, że tym razem kilka tygodni mogło przerodzić się w kilka lat, a nawet całą wieczność. Przy tablicy pan Hopkins monotonnym głosem mówił coś, co absolutnie nie interesowało żadnego z uczniów. I mimo tego, że rozmawianie podczas lekcji historii nie było zbyt rozsądnym posunięciem, dla Matta wydawało się być jedyną rozsądną możliwością.
- Myślałem, że się obraziłeś – mruknął James, wpatrując się tępo w przestrzeń przed sobą.
- JA się obraziłem? Popatrz na siebie. Zachowujesz się jak kretyn, Jem. Bo jesteś kretynem.
Znów zapanowała między nimi kompletna cisza.
- Super.
Nieporozumienia były o wiele gorsze, niż ogromne kłótnie. W czasie bardzo rzadko pojawiających się awantur wystarczyło, że trochę na siebie pokrzyczeli. Po pięciu minutach było już normalnie, krótkie przeprosiny załatwiały sprawę. Sprzeczki przesycone jadem sprawiały, że Matt chwilami nienawidził Jamesa i przez to odczuwał ogromne poczucie winy. Jak można nienawidzić kogoś, kto równie dobrze mógłby być twoim bratem?
- Dodam na pocieszenie, że ja również nim jestem. – Westchnął z rezygnacją. Siedzący ławkę przed nimi Anthony odwrócił się i uniósł pytająco jedną brew. James zachował się, jakby kompletnie tego nie zauważył.
- Wreszcie powiedziałeś coś sensownego – odparł tonem, który wręcz ociekał jadem.
- W przeciwieństwie do ciebie, czasami zdarzają mi się przebłyski geniuszu – odciął się Matt. Miał dosyć. Dlaczego ten dupek nie może zwyczajnie wyrzucić z siebie wszystkiego, co go tak gnębi? Przecież dawniej nie miał z tym problemów.
- Tak, jeżeli chodzi o najbardziej idiotyczne riposty na świecie, rzeczywiście. - Padła odpowiedź. Oschła i prześmiewcza. Anthony zaśmiał się cicho, chcąc w ten sposób rozładować napięcie.
- Kłócicie się jak... - zaczął spokojnie. Matt natychmiast podchwycił co takiego zamierzał uczynić, więc zasugerował, udając trochę nadąsanego:
- Stare dobre małżeństwo?
- Tak, dokładnie to miałem na myśli.
- Zupełnie jak ja i Star kiedy jeszcze żyła – podsumował James.
Ponura cisza przepełniona bolesnymi wspomnieniami pojawiła się praktycznie natychmiastowo. W głowie Matta myśli tłukły się rozpaczliwie, pragnąc jak najszybciej znaleźć ujście i wylecieć. Mógł zrobić tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, zamknąć się i poczekać aż któryś z jego przyjaciół coś z siebie wydusi. Po drugie, półgębkiem spróbować po raz kolejny sklecić kilka przesyconych nadzieją zdań.
- Rozumiem, że jest ci ciężko. Naprawdę. Ale musisz się pozbierać – stwierdził, przygryzając koniec długopisu. Nie odwracał wzroku od pana Hopkinsa, ale niemalże widział kalejdoskop uczuć przewijający się przez twarz Jema. Strach. Ból. A z drugiej strony coś w rodzaju wdzięczności. Matt miał pewność, co musiały teraz wyrażać jego oczy: Cieszę się, że chociaż ktoś jest w stanie w to uwierzyć.
- Wczoraj dużo o tym myślałem. Macie rację, we wszystkim. Ale po prostu nie potrafię.
Powiedział to tak bardzo żałośnie, iż przez moment wydawało się, że za chwilę rozpadnie się na kilkadziesiąt drobnych kawałków.
- A spróbowałeś chociaż? - zapytał Anthony.
- Gadasz jak moja matka.
- Oczywiście. A ty jak mała, naburmuszona dziewczynka – Matt nie miał zamiaru rezygnować z okazji do przetestowania przyjaciela w pewnej bardzo istotnej kwestii.
- Zamknij się, Mattie – Usłyszał. Wszystko było na świetnej drodze, wręcz doskonałej.
- Idiota. - Każdy człowiek ma swój sposób na okazywanie sympatii. Sposobem Matta i Jamesa było wyzywanie się na wszystkie możliwe sposoby. Gwoli ścisłości, od bardzo dawna nie prowadzili tej zwyczajowej dyskusji, więc teraz Matt był niezwykle zaskoczony kiedy James odpowiedział z szatańskim uśmiechem:
- Dupek.
- Sukinsyn.
- Palant.
- Widzisz, mówiłem, że potrafisz znów być sobą – zauważył Anthony, przerywając im tę dość infantylną potyczkę.
- Przecież jestem. Przez cały czas.
- Zdecydowanie nie. Użalający się nad sobą, zagubiony chłoptaś to nie ty. A teraz przez moment byłeś tym dupkiem, którego lubię – wtrącił Matt. Tym razem nienawistne spojrzenie Jema było zbawienne, bo jak na dłoni można było zauważyć, że nie do końca szczere.
- Któregoś dnia rozkwaszę ci tą pyszałkowatą gębę... - wycedził, ale uśmiechnął się.
- Możecie wreszcie się przymknąć i przestać zachowywać jak małe dzieci?
I mimo tego, że piętnaście minut później zostali przyłapani na gadaniu i ponownie rozsadzeni, Matt wreszcie znalazł odpowiednią drogę. Za cel obrał sobie odzyskanie Jamesa, a było to sprawą najwyższej wagi.
***
Białe ściany łazienki były jak ogromna klatka i Alex czuła się w niej jak bezbronny, mały ptak rozpaczliwie machający skrzydłami i próbujący się wydostać. Ale siedzenie tu było o wiele lepsze, niż gnieżdżenie się we własnym pokoju. Usiadła na parapecie, wyglądając przez okno.
Nienawidziła swojej nowej szkoły. Nienawidziła brudnych ścian, obrzydliwego jedzenia na stołówce i wszystkich zapatrzonych we własne odbicia ludzi. Jeszcze większą odrazę czuła w stosunku do nauczycieli. Nie tolerowali jej sposobu bycia, przekonań i tego, że nie chciała z nikim rozmawiać.
Myślenie o szkole zdecydowanie nie było dobrym sposobem na to, żeby znaleźć formę ucieczki. Czuła się okropnie po skończeniu kolejnej książki, gdy nie miała czego czytać było trochę jak na opuszczonym cmentarzu. Była jednym z niedocenianych dzieci, które zagłębiały się w przygodach Harry'ego Pottera w wieku sześciu lat. Teraz chętniej sięgała po książki, które nie służyły tylko rozrywce. Największy szacunek i podziw wzbudzał w niej George Orwell, uważała jego dzieła za kwintesencję bezdyskusyjnego geniuszu. A teraz nie miała żadnej lektury, po którą mogłaby sięgnąć.
Za oknem wszystko z lekka pociemniało, zapaliły się latarnie. Deszcz bębnił w szybę, układając na niej fantazyjne wzory złożone z różnej wielkości kropli. Jej uwagę gwałtownie przyciągnął poruszający się w oddali, czerwony punkt. Przyglądała mu się, trochę zaintrygowana. Obserwowanie ulic Coldgrove nie było ani trochę fascynujące, ale z braku innych zajęć wbiła wzrok w... No właśnie, czym owy punkt mógł być? Rowerem? Wyjątkowo małym samochodem? Przekonała się, że te przypuszczenia zdecydowanie nie należały do trafnych.
Mimo temperatury pięciu stopni na minusie, samym środkiem Trinity Street szedł zrelaksowanym krokiem jakiś chłopak. Ten sam, z którym zeszłego wieczoru siedziała na schodach, nie odzywając się ani słowem. Może był obłąkany i ją śledził?
Zbeształa się w myślach. Dlaczego niby miałby ją śledzić, skoro spotkali się zaledwie trzy razy. Wcześniej widziała go w dwóch różnych odsłonach. Bezczelnej, aroganckiej podczas lekcji i łagodnie zdziwionej, spokojnej.
Teraz uznała, że chyba rzeczywiście był obłąkany. Wcale nie zwiewał przed deszczem. Wręcz przeciwnie, delektował się każdym kolejnym krokiem, jakby ociekanie wodą sprawiało mu swoistą przyjemność. Kąciki jego ust unosiły się w szerokim, radosnym uśmiechu.
Ludzie są dziwni, pomyślała.
Nie dotarło do niej, że sama również często udawała się na długie, deszczowe spacery, podczas których uśmiechała się w bardzo podobny sposób.


A więc czwarty rozdział mamy już za sobą. Nieśmiało chciałam wspomnieć, że jakiekolwiek opinie są bardzo mile widziane, nie ma lepszej motywacji niż konstruktywna krytyka. 
Zbliżają się trzy tygodnie podczas których moja wyobraźnia może popracować na pełnych obrotach, bo nie ma konieczności, żebym wychodziła z domu. 
Daydreamer ♣






sobota, 26 lipca 2014

Rozdział 3

Wszyscy mają swoje sposoby na opanowywanie wściekłości czy rozczarowania. Jedni wyładowują emocje podczas uprawiania sportu, drudzy śpią, trzeci liczą do dziesięciu, a czwarci dzielą się spostrzeżeniami z przyjaciółmi. Matt natomiast, oczywiście w zależności od dnia i sytuacji, zawsze wybierał się na długi spacer lub siadał w piwnicy z gitarą i brzdąkał coś bez sensu.
Tym razem jego umysł rozpaczliwie błagał o świeże powietrze. Domyślał się, że James zastosował podobną formę odskoczni, w końcu już wcześniej uciekł, jakby goniła go horda wygłodniałych kanibali. Matt nie biegał, nie miał do tego kondycji, jednak nie miał nic przeciwko poruszaniu się szybszym krokiem.
Był tak wściekły, że najchętniej trzasnąłby czymś o podłogę. Albo jeszcze lepiej – wywrzeszczał Jamesowi w twarz co myśli na jego temat. Po części rozumiał wszystko bardziej, niż w rzeczywistości chciałby rozumieć, ale i tak w głowie nie mieściło mu się, że ten egoistyczny dupek nie chciał nawet spróbować się pozbierać.
Szedł główną drogą, aż do momentu, w którym pojawiła się piaszczysta ścieżka prowadząca prosto do pobliskiego lasu. Wybieranie się tam późnym wieczorem byłoby samobójstwem. Kręcenie się w okolicy można było określić jedynie jako średnio bezpieczne, zresztą tak samo, jak poruszanie się o tej porze po całym mieście, gdzie również przestępczość była zadziwiająco bujnie rozwinięta. Szczególnie przemysł narkotykowy.
Przysiadł w jednym z miejsc, w których lubił samotnie przesiadywać. We własnym pokoju samotność wydawała się być niekończącą mordęgą. Co innego na łonie natury, kilkaset metrów na prawo od lasku, gdzie ktoś kiedyś postanowił wspaniałomyślnie postawić ławkę. Kiedy miał akurat przypływ twórczego natchnienia, fantazjował, że mogła być miejscem schadzek ludzi z półświatka, ale też par lub przyjaciół. Lubił wymyślać niestworzone historie o rzeczach, które raczej z reguły nie przydarzały się w realnym życiu.
A teraz zadarł głowę, wpatrzył się w gwiazdy i pomyślał, że znowu wszystko było nie po jego myśli.
Gdyby bieg wydarzeń postanowił ułożyć się tak, jak Matt sobie tego zapragnął, zapewne Star nigdy by nie umarła i szczęśliwie byłaby z Jamesem, a on zachowywałby się jak zakochany idiota. Anthony odzyskałby pełną sprawność w prawej ręce, która obecnie była trochę ograniczona z powodu wypadku, który zdarzył się trzy lata wcześniej. Poza tym, znalazłby jakąś sympatyczną, inteligentną dziewczynę i również oszalałby na jej punkcie. A Matt? Grałby na swojej ukochanej gitarze i ukradkiem się z nich śmiał.
To wystarczyło mu do szczęścia. Taka wspaniała historyjka bez zbędnych komplikacji.
Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo odbiegało od niej wszystko, co działo się w rzeczywistości. Zaklął dosadnie, jakby chcąc w ten sposób trochę polepszyć samopoczucie. Nie udało się. Z lekkim rozbawieniem zauważył, że nigdy specjalnie nie myślał o miłości. Tak naprawdę uważał ją za dodatek, który zazwyczaj wszystko psuł, zapewne dlatego, że nie miał pojęcia na ten temat. Opinia była więc przypuszczeniem, czymś, co zaobserwował patrząc na ludzkie zachowania.
James bardzo często śmiał się, że dla Matta gitary były lepsze, niż dziewczyny. Było to całkowitą prawdą. Nie odzywały się, nie komentowały, nie wymagały. Na gitarze można tylko grać, albo, jeżeli miało się na to ochotę, porozmawiać z nią niczym z człowiekiem. A w tej dziedzinie Matt był wyjątkowo doświadczony.
Gitara, którą dostał na jedenaste urodziny, spełniała wszystkie jego oczekiwania jako niezastąpiona towarzyszka do oglądania filmów, przesłuchiwania nowo kupionych płyt, pisania piosenek, a nawet odrabiania lekcji. Po prostu wystarczyło, że stała gdzieś z boku, wsparta o ścianę i dawała mu niezastąpioną motywację. Któregoś dnia pomyślał, że nieźle byłoby wymyślić dla niej jakieś sensowne, idealnie pasujące imię. I tak została ochrzczona Bliss.
Z goryczą pomyślał, że był to jeden z genialnych pomysłów Jamesa. Dlaczego po śmierci Star coś całkowicie wyprało jego mózg z błyskotliwości? Jako osobnik z natury wyrozumiały, Matt był w stanie zaakceptować i zrozumieć pierwsze kilka miesięcy. Po pół roku ta rozpacz stała się istnym pasożytem.
Super. Patrzę, jak jakiś durny robal zżera mojego kumpla.
Zabrzmiało to tak głupio, że nie potrafił powstrzymać się od cichego śmiechu, który pośród ciszy i tak zabrzmiał jak muzyka puszczana prosto z głośników o trzeciej w nocy. Śmiech nie pasował do całego tego spaceru i roztaczającego się dookoła krajobrazu. Bezgwiezdne niebo, doszczętnie spowite przez gęste kłęby chmur. Śnieg, który ogółem przypominał bardziej bezkształtną breję. Las z tej odległości wyglądający mrocznie, jakby czaiło się w nim stado krwiożerczych potworów gotowych do zaatakowania bezbronnych przechodniów. Zagubienie malujące się w oczach Matta. I niespodziewanie przezywający powietrze chichot, który od zawsze brzmiał wyjątkowo dziecięco, jakby miał nadal pięć lat.
Śmianie się czasami bywało przekleństwem, ale ogółem naprawdę pomagało. Silniejszym środkiem przeciwbólowym była oczywiście sztuka, ale zabawne i niepoważne myśli zwyczajnie rozładowywały całe tłumione wewnątrz napięcie. Niczego innego bardziej nie potrzebował.
Zastanawiał się, jakie wnioski zdążył wyciągnąć James. Nie musiał aż tak martwić się o Anthony'ego, bo on akurat brał na logikę praktycznie każdą sytuację. Ale jeżeli chodzi o przyswajanie kłopotliwych stwierdzeń przez Jema, odkąd Matt pamiętał, było wyjątkowo trudno.
Westchnął. Jego dłonie zdążyły skostnieć pod wpływem chłodnej zimowej temperatury i teraz chciał tylko wrócić do domu, a później przy ciepłej, mocnej czarnej herbacie poczytać jakąś dobrą książkę.

*******

Alex usiadła na schodach przed domem. Od kiedy zaczęła po kryjomu popalać papierosy, zawsze wymykała się tam, gdy nagle nachodziła ją potrzeba skorzystania z życiodajnych właściwości tytoniu. Absolutnie nie chciała, żeby Max wiedział cokolwiek na ten temat. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby poszedł w jej ślady.
Wcale nie paliła dlatego, że robiła to większość rówieśników. Po prostu miała nadzieję na szybszą śmierć, nic poza tym.
Zaciągnęła się, a później wypuściła z ust kłęby dymu układającego się w fantazyjne wzory ponad jej głową. Przyglądała się ludziom chodzącym po ulicy. Nie było ich szczególnie wielu. Przy Trinity Street nigdy nie dało się spotkać szczególnego ruchu, tylko zwyczajową senność.
Przeklinające nastolatki w spódniczkach ledwo zakrywających pośladki i obcisłych bluzkach z ogromnymi dekoltami. Żwawo poruszający się mężczyzna w garniturze. Zapewne przyjezdny, stwierdziła w myślach. Tutaj nie ma grubych ryb. Zataczający się pijak. Odwróciła wzrok.
Przez krótką chwilę była tylko głucha cisza, której nie zakłócało absolutnie nic.
A później odgłos kroków i pogwizdywania pod nosem sprawił, że gwałtownie spojrzała w stronę, z której dobiegał.
Była to jedyna osoba, którą kojarzyła z nowej szkoły. Zdecydowanie wolałaby nikogo nie rozpoznawać. Bezczelny chłopak nazwiskiem Pullman, który był zmuszony dosiąść się do niej kilka godzin wcześniej podczas historii. Bezczelny, właśnie taką etykietkę do niego przypięła. Ale w gruncie rzeczy mówiący rzeczy, które nie odbiegają od prawdy.
Na jej widok przestał gwizdać i uśmiechnął się tak, że praktycznie nie dało się tego zauważyć – samymi oczami, po czym uciekł spojrzeniem w przestrzeń przed sobą, powracając do wcześniejszej i bardzo działającej na nerwy czynności.
Ponownie zaciągnęła się papierosem. Z jakiegoś powodu od samego początku nie przepadała za tym chłopakiem. Kiedy zapytał czy jest nowa, najchętniej wstałaby i starła mu z tej pyszałkowatej gęby cały uśmiech poprzez starannie wymierzony policzek. Powstrzymywała się tylko dlatego, że i tak uchodziła wśród nauczycieli i innych ludzi, którzy mieli dostęp do szkolnej bazy informacji za dość agresywną. Nie chciała dawać im powodów do wierzenia w tę kłamliwą opinię, choć i tak było ich już sporo.
- Ja też znam większych dupków – Usłyszała nagle dziwnie znajomy, ale niekojarzący się z żadną konkretną osobą głos.
Wcześniej nie zauważyła, jak bardzo niebieskie były jego oczy. Teraz w niewyjaśniony sposób ją to onieśmieliło, jakby znał jej największy sekret i następnego dnia zamierzał wyjawić go całemu światu. Tak, ten wkurzający typ usiadł obok, jakby się znali.
Machinalnie oparła się o poręcz schodów, pragnąc zachować jak największy dystans. Niepokój związany z jakąkolwiek bliskości dawał się we znaki szczególnie w takich sytuacjach. I brała się z niego również rzekoma aspołeczność. Miała sporo powodów, żeby wzdrygać się pod wpływem każdego dotyku, choć wolałaby o nich nie pamiętać. Nie budziłaby się wtedy z sennych koszmarów i nie musiała spowiadać u Alice dlaczego nie uścisnęła na powitanie własnej matki.
Zerknął na nią, jakby to zauważył, ale nie skomentował ani słowem.
Milczenie było u Alex jedyną rzeczą, którą zwykła była zaskakiwać nowo poznanych ludzi. Podczas gdy oni zadawali pytania, pozostawiała je bez odpowiedzi. Jakby była głucha, lub straciła mowę z powodu jakiejś choroby.
- Nie chcesz rozmawiać... - zgadł, analizując wyraz jej twarzy. Wzruszył ramionami, a kącik jego warg nieśmiało uniósł się w krzywym uśmiechu. - Jasne. Rozumiem.
Milczała.
Dalej spokojnie dopalała papierosa, rozkoszując się stęsknionym przez kilka dni smakiem. Jedynym dyskomfortem była obecność siedzącego obok chłopaka. Czuła się okropnie i miała ochotę natychmiast uciec, jednak nie chciała na rzecz czegoś takiego rezygnować z przyjemności delektowania się myślą, że stopniowo skraca sobie życie.
On też się nie odzywał. Jego wzrok pożerał strukturę chodnika, a włosy w nieładzie sterczały na wszystkie strony, potargane przez wiatr. Całą swoją posturą sprawiał wrażenie usatysfakcjonowanego towarzystwem Alex, a z drugiej strony trochę strapionego i przybitego.
Zastanawiała się, jak głupi musiał być powód. Kłótnie z rodzicami? Troskliwa mamusia, która nie pozwoliła mu iść na imprezę? A może niezadowolony z ocen ojciec, bezwzględnie próbujący uczynić syna geniuszem? Jeszcze bardziej prawdopodobna była zazdrosna dziewczyna, kolejna jedynka z jakiegoś przedmiotu, albo zagubiony w tajemniczych okolicznościach telefon.
Wszyscy młodzi ludzie byli praktycznie tacy sami, więc ich problemy również wyglądały całkiem podobnie. Każdemu z osobna wydawało się, że ich kłopoty są niecodzienne i gorsze, niż ludzie głodujący w Afryce, o których tak często się mówiło, choroby zakaźne, czy zamachy terrorystyczne. W rzeczywistości były zaledwie kroplą wody w oceanie nieszczęść.
Wyjęła z ust papierosa, po czym rozgniotła go obcasem buta o stopień i bez słowa wróciła do domu. Widziała przez ułamek sekundy jego lekko zdziwioną twarz. Pożegnania uważała za przereklamowane. Poza tym, do zobaczenia mówi się szczerze tylko wtedy, kiedy rzeczywiście ma się chęć do ponownych kontaktów z drugą osobą.
Alex nie chciała znowu go widzieć. Nie chciała nigdy więcej siedzieć z nim w milczeniu, nie chciała też rozmawiać. I po raz pierwszy miała wrażenie, że chociaż jedna, jedyna zachcianka, którą na poczekaniu wymyśliła, zostanie niechybnie spełniona.