Wschodziło
słońce. Jego promienie oświetlały pokryte cienką warstwą szronu
ulice Coldgrove. Gdyby było to małe, urocze miasteczko, idealnie
dopełniałoby opis pięknego poranka. Ale do małego, uroczego
miasteczka było mu daleko. Trudno nazwać ładnymi brudne,
zaśmiecone chodniki, po których dość często włóczyły
się wszelkiego rodzaju podejrzane typy, a także i wyrzutki
społeczne. Młodzi ludzie wyjeżdżali stąd jak najszybciej, jeżeli
tylko mieli ambicje zająć się czymś lepszym, niż zarzynanie świń
u rzeźnika, sterczenie na kasie w warzywniaku, lub sprzedawanie
sukienek w rozmiarze XXL cierpiącym na wieczne niedowartościowanie
kobietom po pięćdziesiątce.
Atmosfera
nie ożywiała się nigdy. Nawet w sezonie wakacyjnym wszystko
wyglądało podobnie – szaro, nudno i tak, że nikt przy zdrowych
zmysłach nie zgodziłby się dobrowolnie tam zamieszkać.
Alex
Alderman z irytacją odgarnęła na plecy długie, gęste włosy w
miodowym odcieniu blondu i skrzywiła się z obrzydzeniem na widok
miasta, w którym przyszło jej nieszczęście spędzać
większość wolnego czasu. Oddałaby wszystko, żeby tylko wynieść
się z tej obrzydliwej dziury.
Siedziała
na płaskim dachu jednego z budynków. Zawsze przychodziła tam
kiedy chciała się odstresować. Teraz jednak było to praktycznie
niemożliwe z powodu dokuczliwego zimna. Dla kogoś z taką
skłonnością do marznięcia, warunki pogodowe w końcówce
listopada wydawały się być Alaską. Trudne do przetrwania.
Podciągnęła
kościste kolana do klatki piersiowej i spojrzała od niechcenia na
błękitne sznurówki wysłużonych trampek. To one były jedną
z przyczyn ochłodzenia organizmu, ale miały dla niej ogromną
wartość sentymentalną i nie byłaby w stanie zrezygnować z
porannego spaceru w ukochanych butach. Chyba najlepiej
odzwierciedlały stan jej umysłu – w niektórych miejscach
rozklejały się, strzępiły i ogółem nadawały się na
śmietnik.
Oparła
głowę na zaciśniętej w pięść dłoni. Zastanawiała się, co
musiało dziać się w domu, który dzieliła z młodszym
przyrodnim bratem i gosposią. Max zapewne właśnie wstawał. Ziewał
szeroko i przecierał oczy, po czym zastanawiał się, czy nie mógłby
pospać dłużej o piętnaście minut, lub udać ból głowy i
zostać w łóżku przed laptopem. Alice jak zawsze krzątała
się po kuchni. Przygotowywała gorące kakao i grzanki. Wszystko
było dokładnie takie, jak być powinno. Wszystko poza Alex.
Jeżeli
byłaby typową nastolatką, wszystko poszłoby wręcz idealnie. Ze
swoją ponadprzeciętną inteligencją snułaby plany na przyszłość,
starając się jak najbardziej poszerzać horyzonty. Zastanawiałaby
się, gdzie chce studiować i jak bardzo będzie tęskniła za
koleżankami. Ale nie była typową nastolatką i to psuło ten cały
stereotypowy krajobraz wchodzenia w dorosłość.
Nie
miała znajomych. Szkolni psycholodzy uznawali ją za nieco wycofaną
i chwilami robiącą wrażenie aspołecznej. Wolała trzymać się na
uboczu i nie wchodzić w żadne interakcje. I to była jej filozofia,
która bardzo ułatwiała przetrwanie – nie rozmawiaj. Nie
patrz. Nie śmiej się. Po prostu oddychaj.
Proces
jej egzystencji przebiegał bez żadnego dodatkowego towarzystwa. Od
dzieciństwa pozbawiona kontaktu z rodzicami, nie potrzebowała
absolutnie nikogo, zdana na własną łaskę. Jedną z nielicznych
istot, które darzyła uczuciem, był Max, a zaraz po nim kot
Lucyfer, który pewnego razu przybłąkał się pod jej drzwi.
Tak było lepiej. Łatwiej.
A
dziś siedziała na swoim
dachu, otulona skórzaną kurtką jak kocem i szczękała
zębami, zastanawiając się, czy nie byłoby lepiej wrócić
do szkoły. Tam chociaż byłoby ciepło. Z tym, że powrót
do znienawidzonego przez wszystkich więzienia zwanego łagodnie
placówką edukacyjną nie wchodził w grę.
Z
głębokim westchnieniem opadła na plecy, szeroko rozkładając
ramiona. Wbiła wzrok w najjaśniejszy punkt na niebie – słońce.
Każdy inny człowiek natychmiast zmrużyłby oczy, jednak Alex
całkowicie nic sobie z tego nie robiła. To czyniło ją
niepowtarzalną, choć sama nie potrafiła w sobie tego dostrzec.
Wpatrywała się w świetlistą kulę z uporem maniaka. Marzyła po
raz pierwszy od dłuższego czasu.
-
Czuję się dobrze – wyszeptała sama do siebie.
Ale
nie czuła się dobrze, wręcz przeciwnie. Okłamywanie się było
jednak lepsze, niż mówienie prawdy. Nie rozmawiaj. Nie patrz.
Nie śmiej się. Po prostu oddychaj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz