Słuchane podczas pisania...

sobota, 12 lipca 2014

Prolog

Wschodziło słońce. Jego promienie oświetlały pokryte cienką warstwą szronu ulice Coldgrove. Gdyby było to małe, urocze miasteczko, idealnie dopełniałoby opis pięknego poranka. Ale do małego, uroczego miasteczka było mu daleko. Trudno nazwać ładnymi brudne, zaśmiecone chodniki, po których dość często włóczyły się wszelkiego rodzaju podejrzane typy, a także i wyrzutki społeczne. Młodzi ludzie wyjeżdżali stąd jak najszybciej, jeżeli tylko mieli ambicje zająć się czymś lepszym, niż zarzynanie świń u rzeźnika, sterczenie na kasie w warzywniaku, lub sprzedawanie sukienek w rozmiarze XXL cierpiącym na wieczne niedowartościowanie kobietom po pięćdziesiątce.
Atmosfera nie ożywiała się nigdy. Nawet w sezonie wakacyjnym wszystko wyglądało podobnie – szaro, nudno i tak, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zgodziłby się dobrowolnie tam zamieszkać.
Alex Alderman z irytacją odgarnęła na plecy długie, gęste włosy w miodowym odcieniu blondu i skrzywiła się z obrzydzeniem na widok miasta, w którym przyszło jej nieszczęście spędzać większość wolnego czasu. Oddałaby wszystko, żeby tylko wynieść się z tej obrzydliwej dziury.
Siedziała na płaskim dachu jednego z budynków. Zawsze przychodziła tam kiedy chciała się odstresować. Teraz jednak było to praktycznie niemożliwe z powodu dokuczliwego zimna. Dla kogoś z taką skłonnością do marznięcia, warunki pogodowe w końcówce listopada wydawały się być Alaską. Trudne do przetrwania.
Podciągnęła kościste kolana do klatki piersiowej i spojrzała od niechcenia na błękitne sznurówki wysłużonych trampek. To one były jedną z przyczyn ochłodzenia organizmu, ale miały dla niej ogromną wartość sentymentalną i nie byłaby w stanie zrezygnować z porannego spaceru w ukochanych butach. Chyba najlepiej odzwierciedlały stan jej umysłu – w niektórych miejscach rozklejały się, strzępiły i ogółem nadawały się na śmietnik.
Oparła głowę na zaciśniętej w pięść dłoni. Zastanawiała się, co musiało dziać się w domu, który dzieliła z młodszym przyrodnim bratem i gosposią. Max zapewne właśnie wstawał. Ziewał szeroko i przecierał oczy, po czym zastanawiał się, czy nie mógłby pospać dłużej o piętnaście minut, lub udać ból głowy i zostać w łóżku przed laptopem. Alice jak zawsze krzątała się po kuchni. Przygotowywała gorące kakao i grzanki. Wszystko było dokładnie takie, jak być powinno. Wszystko poza Alex.
Jeżeli byłaby typową nastolatką, wszystko poszłoby wręcz idealnie. Ze swoją ponadprzeciętną inteligencją snułaby plany na przyszłość, starając się jak najbardziej poszerzać horyzonty. Zastanawiałaby się, gdzie chce studiować i jak bardzo będzie tęskniła za koleżankami. Ale nie była typową nastolatką i to psuło ten cały stereotypowy krajobraz wchodzenia w dorosłość.
Nie miała znajomych. Szkolni psycholodzy uznawali ją za nieco wycofaną i chwilami robiącą wrażenie aspołecznej. Wolała trzymać się na uboczu i nie wchodzić w żadne interakcje. I to była jej filozofia, która bardzo ułatwiała przetrwanie – nie rozmawiaj. Nie patrz. Nie śmiej się. Po prostu oddychaj.
Proces jej egzystencji przebiegał bez żadnego dodatkowego towarzystwa. Od dzieciństwa pozbawiona kontaktu z rodzicami, nie potrzebowała absolutnie nikogo, zdana na własną łaskę. Jedną z nielicznych istot, które darzyła uczuciem, był Max, a zaraz po nim kot Lucyfer, który pewnego razu przybłąkał się pod jej drzwi. Tak było lepiej. Łatwiej.
A dziś siedziała na swoim dachu, otulona skórzaną kurtką jak kocem i szczękała zębami, zastanawiając się, czy nie byłoby lepiej wrócić do szkoły. Tam chociaż byłoby ciepło. Z tym, że powrót do znienawidzonego przez wszystkich więzienia zwanego łagodnie placówką edukacyjną nie wchodził w grę.
Z głębokim westchnieniem opadła na plecy, szeroko rozkładając ramiona. Wbiła wzrok w najjaśniejszy punkt na niebie – słońce. Każdy inny człowiek natychmiast zmrużyłby oczy, jednak Alex całkowicie nic sobie z tego nie robiła. To czyniło ją niepowtarzalną, choć sama nie potrafiła w sobie tego dostrzec. Wpatrywała się w świetlistą kulę z uporem maniaka. Marzyła po raz pierwszy od dłuższego czasu.
- Czuję się dobrze – wyszeptała sama do siebie.
Ale nie czuła się dobrze, wręcz przeciwnie. Okłamywanie się było jednak lepsze, niż mówienie prawdy. Nie rozmawiaj. Nie patrz. Nie śmiej się. Po prostu oddychaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz