Wszyscy
mają
swoje sposoby na opanowywanie wściekłości
czy rozczarowania. Jedni wyładowują emocje podczas uprawiania
sportu, drudzy śpią, trzeci liczą do dziesięciu, a czwarci dzielą
się spostrzeżeniami z przyjaciółmi.
Matt natomiast, oczywiście w zależności od dnia i sytuacji, zawsze
wybierał się na długi spacer lub siadał w piwnicy z gitarą i
brzdąkał coś bez sensu.
Tym
razem jego umysł
rozpaczliwie błagał
o świeże powietrze. Domyślał się, że James zastosował podobną
formę odskoczni, w końcu już wcześniej uciekł, jakby goniła go
horda wygłodniałych kanibali. Matt nie biegał, nie miał do tego
kondycji, jednak nie miał nic przeciwko poruszaniu się szybszym
krokiem.
Był
tak wściekły,
że najchętniej trzasnąłby czymś o podłogę. Albo jeszcze lepiej
– wywrzeszczał Jamesowi w twarz co myśli na jego temat. Po części
rozumiał wszystko bardziej, niż w rzeczywistości chciałby
rozumieć, ale i tak w głowie nie mieściło mu się, że ten
egoistyczny dupek nie chciał nawet spróbować
się pozbierać.
Szedł
główną
drogą, aż do momentu, w którym
pojawiła
się piaszczysta ścieżka prowadząca prosto do pobliskiego lasu.
Wybieranie się tam późnym
wieczorem byłoby samobójstwem.
Kręcenie
się w okolicy można było określić jedynie jako średnio
bezpieczne, zresztą tak samo, jak poruszanie się o tej porze po
całym mieście, gdzie również
przestępczość była zadziwiająco bujnie rozwinięta. Szczególnie
przemysł
narkotykowy.
Przysiadł
w jednym z miejsc, w których lubił
samotnie przesiadywać. We własnym pokoju samotność wydawała się
być niekończącą mordęgą. Co innego na łonie natury, kilkaset
metrów
na prawo od lasku, gdzie ktoś
kiedyś postanowił wspaniałomyślnie postawić ławkę. Kiedy miał
akurat przypływ twórczego
natchnienia, fantazjował,
że mogła być miejscem schadzek ludzi z półświatka,
ale też par lub przyjaciół.
Lubił wymyślać niestworzone historie o rzeczach, które
raczej z reguły
nie przydarzały się w realnym życiu.
A
teraz zadarł
głowę,
wpatrzył się w gwiazdy i pomyślał, że znowu wszystko było nie
po jego myśli.
Gdyby
bieg wydarzeń
postanowił
ułożyć się tak, jak Matt sobie tego zapragnął, zapewne Star
nigdy by nie umarła i szczęśliwie byłaby z Jamesem, a on
zachowywałby się jak zakochany idiota. Anthony odzyskałby pełną
sprawność w prawej ręce, która
obecnie była
trochę ograniczona z powodu wypadku, który
zdarzył
się trzy lata wcześniej. Poza tym, znalazłby jakąś sympatyczną,
inteligentną dziewczynę i również
oszalałby na jej punkcie. A Matt? Grałby na swojej ukochanej
gitarze i ukradkiem się z nich śmiał.
To
wystarczyło
mu do szczęścia.
Taka wspaniała historyjka bez zbędnych komplikacji.
Zdał
sobie sprawę
z tego, jak bardzo odbiegało od niej wszystko, co działo się w
rzeczywistości. Zaklął dosadnie, jakby chcąc w ten sposób
trochę
polepszyć samopoczucie. Nie udało się. Z lekkim rozbawieniem
zauważył, że nigdy specjalnie nie myślał o miłości. Tak
naprawdę uważał ją za dodatek, który
zazwyczaj wszystko psuł,
zapewne dlatego, że nie miał pojęcia na ten temat. Opinia była
więc przypuszczeniem, czymś, co zaobserwował patrząc na ludzkie
zachowania.
James
bardzo często
śmiał
się, że dla Matta gitary były lepsze, niż dziewczyny. Było to
całkowitą prawdą. Nie odzywały się, nie komentowały, nie
wymagały. Na gitarze można tylko grać, albo, jeżeli miało się
na to ochotę, porozmawiać z nią niczym z człowiekiem. A w tej
dziedzinie Matt był wyjątkowo doświadczony.
Gitara,
którą
dostał
na jedenaste urodziny, spełniała wszystkie jego oczekiwania jako
niezastąpiona towarzyszka do oglądania filmów,
przesłuchiwania
nowo kupionych płyt, pisania piosenek, a nawet odrabiania lekcji. Po
prostu wystarczyło, że stała gdzieś z boku, wsparta o ścianę i
dawała mu niezastąpioną motywację. Któregoś
dnia pomyślał, że nieźle byłoby wymyślić dla niej jakieś
sensowne, idealnie pasujące imię. I tak została ochrzczona Bliss.
Z
goryczą
pomyślał,
że był to jeden z genialnych pomysłów
Jamesa. Dlaczego po śmierci
Star coś całkowicie wyprało jego mózg
z błyskotliwości?
Jako osobnik z natury wyrozumiały, Matt był w stanie zaakceptować
i zrozumieć pierwsze kilka miesięcy. Po pół
roku ta rozpacz stała się istnym pasożytem.
Super.
Patrzę,
jak jakiś
durny robal zżera mojego kumpla.
Zabrzmiało
to tak głupio,
że nie potrafił powstrzymać się od cichego śmiechu, który
pośród
ciszy i tak zabrzmiał
jak muzyka puszczana prosto z głośników
o trzeciej w nocy. Śmiech
nie pasował do całego tego spaceru i roztaczającego się dookoła
krajobrazu. Bezgwiezdne niebo, doszczętnie spowite przez gęste
kłęby chmur. Śnieg, który
ogółem
przypominał bardziej bezkształtną breję. Las z tej odległości
wyglądający mrocznie, jakby czaiło się w nim stado krwiożerczych
potworów
gotowych do zaatakowania bezbronnych przechodniów. Zagubienie
malujące
się
w oczach Matta. I niespodziewanie przezywający powietrze chichot,
który
od zawsze brzmiał
wyjątkowo dziecięco, jakby miał nadal pięć lat.
Śmianie
się
czasami bywało przekleństwem, ale ogółem
naprawdę pomagało. Silniejszym środkiem przeciwbólowym
była
oczywiście sztuka, ale zabawne i niepoważne myśli zwyczajnie
rozładowywały całe tłumione wewnątrz napięcie. Niczego innego
bardziej nie potrzebował.
Zastanawiał
się,
jakie wnioski zdążył wyciągnąć James. Nie musiał aż tak
martwić się o Anthony'ego, bo on akurat brał na logikę
praktycznie każdą sytuację. Ale jeżeli chodzi o przyswajanie
kłopotliwych stwierdzeń przez Jema, odkąd Matt pamiętał, było
wyjątkowo trudno.
Westchnął.
Jego dłonie
zdążyły skostnieć pod wpływem chłodnej zimowej temperatury i
teraz chciał tylko wrócić
do domu, a później
przy ciepłej, mocnej czarnej herbacie poczytać jakąś dobrą
książkę.
*******
Alex
usiadła
na schodach przed domem. Od kiedy zaczęła
po kryjomu popalać papierosy, zawsze wymykała się tam, gdy nagle
nachodziła ją potrzeba skorzystania z życiodajnych właściwości
tytoniu. Absolutnie nie chciała, żeby Max wiedział cokolwiek na
ten temat. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby poszedł w jej ślady.
Wcale
nie paliła
dlatego, że
robiła to większość rówieśników.
Po prostu miała
nadzieję na szybszą śmierć, nic poza tym.
Zaciągnęła
się, a później
wypuściła z ust kłęby dymu układającego się w fantazyjne wzory
ponad jej głową. Przyglądała się ludziom chodzącym po ulicy.
Nie było ich szczególnie
wielu. Przy Trinity Street nigdy nie dało
się spotkać szczególnego
ruchu, tylko zwyczajową
senność.
Przeklinające
nastolatki w spódniczkach ledwo zakrywających
pośladki i obcisłych bluzkach z ogromnymi dekoltami. Żwawo
poruszający się mężczyzna w garniturze. Zapewne
przyjezdny,
stwierdziła w myślach. Tutaj
nie ma grubych ryb. Zataczający
się pijak. Odwróciła
wzrok.
Przez
krótką
chwilę
była tylko głucha cisza, której
nie zakłócało
absolutnie nic.
A
później
odgłos
kroków
i pogwizdywania pod nosem sprawił,
że gwałtownie spojrzała w stronę, z której
dobiegał.
Była
to jedyna osoba, którą
kojarzyła z nowej szkoły. Zdecydowanie wolałaby nikogo nie
rozpoznawać. Bezczelny chłopak nazwiskiem Pullman, który
był
zmuszony dosiąść się do niej kilka godzin wcześniej podczas
historii. Bezczelny,
właśnie taką etykietkę do niego przypięła. Ale
w gruncie rzeczy mówiący
rzeczy, które
nie odbiegają
od prawdy.
Na
jej widok przestał
gwizdać
i uśmiechnął się tak, że praktycznie nie dało się tego
zauważyć – samymi oczami, po czym uciekł spojrzeniem w
przestrzeń przed sobą, powracając do wcześniejszej i bardzo
działającej na nerwy czynności.
Ponownie
zaciągnęła
się papierosem. Z jakiegoś powodu od samego początku nie
przepadała za tym chłopakiem. Kiedy zapytał czy jest nowa,
najchętniej wstałaby i starła mu z tej pyszałkowatej gęby cały
uśmiech poprzez starannie wymierzony policzek. Powstrzymywała się
tylko dlatego, że i tak uchodziła wśród
nauczycieli i innych ludzi, którzy mieli dostęp
do szkolnej bazy informacji za dość agresywną. Nie chciała dawać
im powodów
do wierzenia w tę
kłamliwą opinię, choć i tak było ich już sporo.
-
Ja też
znam większych
dupków
–
Usłyszała nagle dziwnie znajomy, ale niekojarzący się z żadną
konkretną osobą głos.
Wcześniej
nie zauważyła,
jak bardzo niebieskie były jego oczy. Teraz w niewyjaśniony sposób
ją
to onieśmieliło, jakby znał jej największy sekret i następnego
dnia zamierzał wyjawić go całemu światu. Tak, ten wkurzający typ
usiadł obok, jakby się znali.
Machinalnie
oparła
się
o poręcz schodów,
pragnąc
zachować jak największy dystans. Niepokój
związany
z jakąkolwiek bliskości dawał się we znaki szczególnie
w takich sytuacjach. I brała
się z niego również
rzekoma aspołeczność. Miała sporo powodów,
żeby
wzdrygać się pod wpływem każdego dotyku, choć wolałaby o nich
nie pamiętać. Nie budziłaby się wtedy z sennych koszmarów
i nie musiała
spowiadać u Alice dlaczego nie uścisnęła na powitanie własnej
matki.
Zerknął
na nią,
jakby to zauważył, ale nie skomentował ani słowem.
Milczenie
było
u Alex jedyną
rzeczą, którą
zwykła była zaskakiwać nowo poznanych ludzi. Podczas gdy oni
zadawali pytania, pozostawiała je bez odpowiedzi. Jakby była
głucha, lub straciła mowę z powodu jakiejś choroby.
-
Nie chcesz rozmawiać...
- zgadł,
analizując wyraz jej twarzy. Wzruszył ramionami, a kącik jego warg
nieśmiało uniósł
się w krzywym uśmiechu. - Jasne. Rozumiem.
Milczała.
Dalej
spokojnie dopalała
papierosa, rozkoszując
się stęsknionym przez kilka dni smakiem. Jedynym dyskomfortem była
obecność siedzącego obok chłopaka. Czuła się okropnie i miała
ochotę natychmiast uciec, jednak nie chciała na rzecz czegoś
takiego rezygnować z przyjemności delektowania się myślą, że
stopniowo skraca sobie życie.
On
też
się
nie odzywał. Jego wzrok pożerał strukturę chodnika, a włosy w
nieładzie sterczały na wszystkie strony, potargane przez wiatr.
Całą swoją posturą sprawiał wrażenie usatysfakcjonowanego
towarzystwem Alex, a z drugiej strony trochę strapionego i
przybitego.
Zastanawiała
się,
jak głupi musiał być powód.
Kłótnie
z rodzicami? Troskliwa mamusia, która nie pozwoliła
mu iść na imprezę? A może niezadowolony z ocen ojciec,
bezwzględnie próbujący
uczynić syna geniuszem? Jeszcze bardziej prawdopodobna była
zazdrosna dziewczyna, kolejna jedynka z jakiegoś przedmiotu, albo
zagubiony w tajemniczych okolicznościach telefon.
Wszyscy
młodzi
ludzie byli praktycznie tacy sami, więc
ich problemy również
wyglądały całkiem podobnie. Każdemu z osobna wydawało się, że
ich kłopoty są niecodzienne i gorsze, niż ludzie głodujący w
Afryce, o których
tak często
się mówiło,
choroby zakaźne, czy zamachy terrorystyczne. W rzeczywistości były
zaledwie kroplą wody w oceanie nieszczęść.
Wyjęła
z ust papierosa, po czym rozgniotła
go obcasem buta o stopień i bez słowa wróciła
do domu. Widziała przez ułamek sekundy jego lekko zdziwioną twarz.
Pożegnania uważała za przereklamowane. Poza tym, do
zobaczenia
mówi
się
szczerze tylko wtedy, kiedy rzeczywiście ma się chęć do ponownych
kontaktów
z drugą
osobą.
Alex
nie chciała
znowu go widzieć.
Nie chciała nigdy więcej siedzieć z nim w milczeniu, nie chciała
też rozmawiać. I po raz pierwszy miała wrażenie, że chociaż
jedna, jedyna zachcianka, którą
na poczekaniu wymyśliła, zostanie niechybnie spełniona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz