Słuchane podczas pisania...

sobota, 26 lipca 2014

Rozdział 3

Wszyscy mają swoje sposoby na opanowywanie wściekłości czy rozczarowania. Jedni wyładowują emocje podczas uprawiania sportu, drudzy śpią, trzeci liczą do dziesięciu, a czwarci dzielą się spostrzeżeniami z przyjaciółmi. Matt natomiast, oczywiście w zależności od dnia i sytuacji, zawsze wybierał się na długi spacer lub siadał w piwnicy z gitarą i brzdąkał coś bez sensu.
Tym razem jego umysł rozpaczliwie błagał o świeże powietrze. Domyślał się, że James zastosował podobną formę odskoczni, w końcu już wcześniej uciekł, jakby goniła go horda wygłodniałych kanibali. Matt nie biegał, nie miał do tego kondycji, jednak nie miał nic przeciwko poruszaniu się szybszym krokiem.
Był tak wściekły, że najchętniej trzasnąłby czymś o podłogę. Albo jeszcze lepiej – wywrzeszczał Jamesowi w twarz co myśli na jego temat. Po części rozumiał wszystko bardziej, niż w rzeczywistości chciałby rozumieć, ale i tak w głowie nie mieściło mu się, że ten egoistyczny dupek nie chciał nawet spróbować się pozbierać.
Szedł główną drogą, aż do momentu, w którym pojawiła się piaszczysta ścieżka prowadząca prosto do pobliskiego lasu. Wybieranie się tam późnym wieczorem byłoby samobójstwem. Kręcenie się w okolicy można było określić jedynie jako średnio bezpieczne, zresztą tak samo, jak poruszanie się o tej porze po całym mieście, gdzie również przestępczość była zadziwiająco bujnie rozwinięta. Szczególnie przemysł narkotykowy.
Przysiadł w jednym z miejsc, w których lubił samotnie przesiadywać. We własnym pokoju samotność wydawała się być niekończącą mordęgą. Co innego na łonie natury, kilkaset metrów na prawo od lasku, gdzie ktoś kiedyś postanowił wspaniałomyślnie postawić ławkę. Kiedy miał akurat przypływ twórczego natchnienia, fantazjował, że mogła być miejscem schadzek ludzi z półświatka, ale też par lub przyjaciół. Lubił wymyślać niestworzone historie o rzeczach, które raczej z reguły nie przydarzały się w realnym życiu.
A teraz zadarł głowę, wpatrzył się w gwiazdy i pomyślał, że znowu wszystko było nie po jego myśli.
Gdyby bieg wydarzeń postanowił ułożyć się tak, jak Matt sobie tego zapragnął, zapewne Star nigdy by nie umarła i szczęśliwie byłaby z Jamesem, a on zachowywałby się jak zakochany idiota. Anthony odzyskałby pełną sprawność w prawej ręce, która obecnie była trochę ograniczona z powodu wypadku, który zdarzył się trzy lata wcześniej. Poza tym, znalazłby jakąś sympatyczną, inteligentną dziewczynę i również oszalałby na jej punkcie. A Matt? Grałby na swojej ukochanej gitarze i ukradkiem się z nich śmiał.
To wystarczyło mu do szczęścia. Taka wspaniała historyjka bez zbędnych komplikacji.
Zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo odbiegało od niej wszystko, co działo się w rzeczywistości. Zaklął dosadnie, jakby chcąc w ten sposób trochę polepszyć samopoczucie. Nie udało się. Z lekkim rozbawieniem zauważył, że nigdy specjalnie nie myślał o miłości. Tak naprawdę uważał ją za dodatek, który zazwyczaj wszystko psuł, zapewne dlatego, że nie miał pojęcia na ten temat. Opinia była więc przypuszczeniem, czymś, co zaobserwował patrząc na ludzkie zachowania.
James bardzo często śmiał się, że dla Matta gitary były lepsze, niż dziewczyny. Było to całkowitą prawdą. Nie odzywały się, nie komentowały, nie wymagały. Na gitarze można tylko grać, albo, jeżeli miało się na to ochotę, porozmawiać z nią niczym z człowiekiem. A w tej dziedzinie Matt był wyjątkowo doświadczony.
Gitara, którą dostał na jedenaste urodziny, spełniała wszystkie jego oczekiwania jako niezastąpiona towarzyszka do oglądania filmów, przesłuchiwania nowo kupionych płyt, pisania piosenek, a nawet odrabiania lekcji. Po prostu wystarczyło, że stała gdzieś z boku, wsparta o ścianę i dawała mu niezastąpioną motywację. Któregoś dnia pomyślał, że nieźle byłoby wymyślić dla niej jakieś sensowne, idealnie pasujące imię. I tak została ochrzczona Bliss.
Z goryczą pomyślał, że był to jeden z genialnych pomysłów Jamesa. Dlaczego po śmierci Star coś całkowicie wyprało jego mózg z błyskotliwości? Jako osobnik z natury wyrozumiały, Matt był w stanie zaakceptować i zrozumieć pierwsze kilka miesięcy. Po pół roku ta rozpacz stała się istnym pasożytem.
Super. Patrzę, jak jakiś durny robal zżera mojego kumpla.
Zabrzmiało to tak głupio, że nie potrafił powstrzymać się od cichego śmiechu, który pośród ciszy i tak zabrzmiał jak muzyka puszczana prosto z głośników o trzeciej w nocy. Śmiech nie pasował do całego tego spaceru i roztaczającego się dookoła krajobrazu. Bezgwiezdne niebo, doszczętnie spowite przez gęste kłęby chmur. Śnieg, który ogółem przypominał bardziej bezkształtną breję. Las z tej odległości wyglądający mrocznie, jakby czaiło się w nim stado krwiożerczych potworów gotowych do zaatakowania bezbronnych przechodniów. Zagubienie malujące się w oczach Matta. I niespodziewanie przezywający powietrze chichot, który od zawsze brzmiał wyjątkowo dziecięco, jakby miał nadal pięć lat.
Śmianie się czasami bywało przekleństwem, ale ogółem naprawdę pomagało. Silniejszym środkiem przeciwbólowym była oczywiście sztuka, ale zabawne i niepoważne myśli zwyczajnie rozładowywały całe tłumione wewnątrz napięcie. Niczego innego bardziej nie potrzebował.
Zastanawiał się, jakie wnioski zdążył wyciągnąć James. Nie musiał aż tak martwić się o Anthony'ego, bo on akurat brał na logikę praktycznie każdą sytuację. Ale jeżeli chodzi o przyswajanie kłopotliwych stwierdzeń przez Jema, odkąd Matt pamiętał, było wyjątkowo trudno.
Westchnął. Jego dłonie zdążyły skostnieć pod wpływem chłodnej zimowej temperatury i teraz chciał tylko wrócić do domu, a później przy ciepłej, mocnej czarnej herbacie poczytać jakąś dobrą książkę.

*******

Alex usiadła na schodach przed domem. Od kiedy zaczęła po kryjomu popalać papierosy, zawsze wymykała się tam, gdy nagle nachodziła ją potrzeba skorzystania z życiodajnych właściwości tytoniu. Absolutnie nie chciała, żeby Max wiedział cokolwiek na ten temat. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby poszedł w jej ślady.
Wcale nie paliła dlatego, że robiła to większość rówieśników. Po prostu miała nadzieję na szybszą śmierć, nic poza tym.
Zaciągnęła się, a później wypuściła z ust kłęby dymu układającego się w fantazyjne wzory ponad jej głową. Przyglądała się ludziom chodzącym po ulicy. Nie było ich szczególnie wielu. Przy Trinity Street nigdy nie dało się spotkać szczególnego ruchu, tylko zwyczajową senność.
Przeklinające nastolatki w spódniczkach ledwo zakrywających pośladki i obcisłych bluzkach z ogromnymi dekoltami. Żwawo poruszający się mężczyzna w garniturze. Zapewne przyjezdny, stwierdziła w myślach. Tutaj nie ma grubych ryb. Zataczający się pijak. Odwróciła wzrok.
Przez krótką chwilę była tylko głucha cisza, której nie zakłócało absolutnie nic.
A później odgłos kroków i pogwizdywania pod nosem sprawił, że gwałtownie spojrzała w stronę, z której dobiegał.
Była to jedyna osoba, którą kojarzyła z nowej szkoły. Zdecydowanie wolałaby nikogo nie rozpoznawać. Bezczelny chłopak nazwiskiem Pullman, który był zmuszony dosiąść się do niej kilka godzin wcześniej podczas historii. Bezczelny, właśnie taką etykietkę do niego przypięła. Ale w gruncie rzeczy mówiący rzeczy, które nie odbiegają od prawdy.
Na jej widok przestał gwizdać i uśmiechnął się tak, że praktycznie nie dało się tego zauważyć – samymi oczami, po czym uciekł spojrzeniem w przestrzeń przed sobą, powracając do wcześniejszej i bardzo działającej na nerwy czynności.
Ponownie zaciągnęła się papierosem. Z jakiegoś powodu od samego początku nie przepadała za tym chłopakiem. Kiedy zapytał czy jest nowa, najchętniej wstałaby i starła mu z tej pyszałkowatej gęby cały uśmiech poprzez starannie wymierzony policzek. Powstrzymywała się tylko dlatego, że i tak uchodziła wśród nauczycieli i innych ludzi, którzy mieli dostęp do szkolnej bazy informacji za dość agresywną. Nie chciała dawać im powodów do wierzenia w tę kłamliwą opinię, choć i tak było ich już sporo.
- Ja też znam większych dupków – Usłyszała nagle dziwnie znajomy, ale niekojarzący się z żadną konkretną osobą głos.
Wcześniej nie zauważyła, jak bardzo niebieskie były jego oczy. Teraz w niewyjaśniony sposób ją to onieśmieliło, jakby znał jej największy sekret i następnego dnia zamierzał wyjawić go całemu światu. Tak, ten wkurzający typ usiadł obok, jakby się znali.
Machinalnie oparła się o poręcz schodów, pragnąc zachować jak największy dystans. Niepokój związany z jakąkolwiek bliskości dawał się we znaki szczególnie w takich sytuacjach. I brała się z niego również rzekoma aspołeczność. Miała sporo powodów, żeby wzdrygać się pod wpływem każdego dotyku, choć wolałaby o nich nie pamiętać. Nie budziłaby się wtedy z sennych koszmarów i nie musiała spowiadać u Alice dlaczego nie uścisnęła na powitanie własnej matki.
Zerknął na nią, jakby to zauważył, ale nie skomentował ani słowem.
Milczenie było u Alex jedyną rzeczą, którą zwykła była zaskakiwać nowo poznanych ludzi. Podczas gdy oni zadawali pytania, pozostawiała je bez odpowiedzi. Jakby była głucha, lub straciła mowę z powodu jakiejś choroby.
- Nie chcesz rozmawiać... - zgadł, analizując wyraz jej twarzy. Wzruszył ramionami, a kącik jego warg nieśmiało uniósł się w krzywym uśmiechu. - Jasne. Rozumiem.
Milczała.
Dalej spokojnie dopalała papierosa, rozkoszując się stęsknionym przez kilka dni smakiem. Jedynym dyskomfortem była obecność siedzącego obok chłopaka. Czuła się okropnie i miała ochotę natychmiast uciec, jednak nie chciała na rzecz czegoś takiego rezygnować z przyjemności delektowania się myślą, że stopniowo skraca sobie życie.
On też się nie odzywał. Jego wzrok pożerał strukturę chodnika, a włosy w nieładzie sterczały na wszystkie strony, potargane przez wiatr. Całą swoją posturą sprawiał wrażenie usatysfakcjonowanego towarzystwem Alex, a z drugiej strony trochę strapionego i przybitego.
Zastanawiała się, jak głupi musiał być powód. Kłótnie z rodzicami? Troskliwa mamusia, która nie pozwoliła mu iść na imprezę? A może niezadowolony z ocen ojciec, bezwzględnie próbujący uczynić syna geniuszem? Jeszcze bardziej prawdopodobna była zazdrosna dziewczyna, kolejna jedynka z jakiegoś przedmiotu, albo zagubiony w tajemniczych okolicznościach telefon.
Wszyscy młodzi ludzie byli praktycznie tacy sami, więc ich problemy również wyglądały całkiem podobnie. Każdemu z osobna wydawało się, że ich kłopoty są niecodzienne i gorsze, niż ludzie głodujący w Afryce, o których tak często się mówiło, choroby zakaźne, czy zamachy terrorystyczne. W rzeczywistości były zaledwie kroplą wody w oceanie nieszczęść.
Wyjęła z ust papierosa, po czym rozgniotła go obcasem buta o stopień i bez słowa wróciła do domu. Widziała przez ułamek sekundy jego lekko zdziwioną twarz. Pożegnania uważała za przereklamowane. Poza tym, do zobaczenia mówi się szczerze tylko wtedy, kiedy rzeczywiście ma się chęć do ponownych kontaktów z drugą osobą.
Alex nie chciała znowu go widzieć. Nie chciała nigdy więcej siedzieć z nim w milczeniu, nie chciała też rozmawiać. I po raz pierwszy miała wrażenie, że chociaż jedna, jedyna zachcianka, którą na poczekaniu wymyśliła, zostanie niechybnie spełniona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz