Słuchane podczas pisania...

poniedziałek, 28 lipca 2014

Rozdział 4

Bezsenność. Dokuczliwa, ciągnąca się niemiłosiernie od kilku lat bezsenność była przypadłością, z którą Alex musiała zmagać się każdego dnia. Rano wstawała do szkoły i przysypiała na lekcjach. Było to w jej przypadku coś zupełnie normalnego, przyzwyczaiła się już dawno do podkrążonych oczu i uczucia zmęczenia.
Niekiedy miękki materac łóżka wydawał być twardy niczym płytki chodnika, a biel sufitu zmieniała się w niebo rozświetlone milionem gwiazd. Nie istniało nic poza tym prywatnym niebem, chłodną miękkością pościeli i lodowatym powietrzem wpadającym przez okno. Czuła się trochę, jakby śniła na jawie. Zatopiona we własnych myślach.
Ten chroniczny brak snu nie był gorszy od wiecznej samotności. Nigdy nie miała kogoś, z kim mogłaby podzielić się swoimi przemyśleniami. Dlatego też po jakimś czasie stała się zimna, zimna niczym lód i w równym stopniu krucha. Ukrywała wrażliwość pod maską obojętności i całkiem nieźle jej to wychodziło.
To właśnie w nocy jej największe słabości wychodziły na jaw, jak stado ruchliwych, małych pająków rozbiegały się na wszystkie strony. Czasami pozwalała sobie na płacz. Nie przeraźliwy, głośny szloch, zaledwie kilka łez. Starała się zachować resztki wewnętrznej siły. Nienawidziła być sobą. Gdyby tylko mogła, niechybnie zamieniłaby swoje ciało i umysł na ciało i umysł kogoś zupełnie innego. Szczęśliwego, najlepiej głupiego. Bycie nieinteligentnym jest o wiele łatwiejsze, ponieważ nie ma się w głowie tylu nieposkładanych myśli.
Zastanawiała się, czy gdyby rzeczywiście byłaby kimś innym, też spotkałoby ją coś równie okropnego. Na samą myśl o wydarzeniach sprzed lat sztywniała i bała się oddychać w obawie, że coś rozsadzi jej płuca. Serce zaczynało tłuc się w piersi, a Alex czuła, że za moment wyleci przełykiem wraz z zawartością żołądka i wnętrznościami.
Po dzieciach niesamowicie utalentowanych matematyków oczekuje się bezwarunkowej idealności. MUSZĄ mieć takie zdolności, jak rodzice. MUSZĄ bez problemu dostosowywać się do wszystkich zasad. MUSZĄ być dumne z tego, kim są. I tutaj docieramy do kolejnego momentu, w którym można wyjaśnić dlaczego Alex od zawsze była niczym wybrakowany kawałek układanki.
Max odziedziczył po ojcu wszystko, co najlepsze - począwszy od przenikliwego spojrzenia, kruczoczarnych włosów i szerokich barek, a skończywszy na niebywałej zdolności logicznego myślenia. Czego więc można spodziewać się po jego przyrodniej siostrze, córce przypadkowej studentki, która wsiadła pijana za kierownicę i zginęła wiedząc, że w domu czeka na nią dziecko? Niczego. Mimo tego, że do szanowanego na całym świecie geniusza, George'a Cranstona, zwracała się "tato", nie łączyło jej z nim absolutnie nic.
Po pierwsze - nie wybaczyła ojcu tego, że zostawił ją samą z Maksem i gosposią kiedy miała zaledwie sześć lat. Wyjechał do Szwajcarii, gdzie wykonywał kolejną tajną i wyjątkowo ważną robotę ściśle związaną ze swoją profesją. Po drugie - nie miała po nim nawet nazwiska. Po trzecie - nikt nawet nie wiedział, że George Cranston ma dwójkę nieślubnych dzieci.
Nie nienawidziła go. Ale też nie kochała. Był jej obojętny.
Wypadek matki czy to, że musiała błyskawicznie dorosnąć, nie zostawiły wcale trwałego śladu na jej psychice. Kiedyś nie była nawet wrażliwa, ta cecha ukształtowała się dopiero po jakimś czasie, gdy zaczęła doznawać okrucieństwa świata na własnej skórze. Wcześniej była normalna. Normalna, jak każdy inny dzieciak.
Tylko do szóstego roku życia.
Tylko do pewnego grudniowego dnia.
Tylko do momentu, w którym zaczęła bać się ludzi i po raz pierwszy nie mogła znieść ich obecności, czując się zduszona. Tak, jakby każdy był zły. Każdy chciał zrobić jej krzywdę. Każdy chciał, żeby jeszcze raz zabolało.
Któregoś dnia popatrzyła na swoje odbicie w lustrze i z furią cisnęła w nie szczotką do włosów. Szklana tafla rozprysła się po podłodze, tak samo jak Alex. Była roztrzaskana, zniszczona.
Już dawno pogrążyła się w morzu nienawiści i utopiła się w nim, tracąc zdolność do oddychania. Tkwiła pod powierzchnią. Martwa.
Udało jej się zasnąć dopiero nad ranem. Ostatnimi słowami, które wypowiedziała w myślach, było tak często powtarzane przez nią kłamstwo.
Czuję się dobrze.

***

- Mam ochotę ukręcić ci łeb.
Matt doskonale wiedział, że to jedyne słowa, które są w stanie przerwać milczenie między nim i Jamesem. Nie chciał znowu tracić przyjaciela na dobre kilka tygodni, bo wiedział, że tym razem kilka tygodni mogło przerodzić się w kilka lat, a nawet całą wieczność. Przy tablicy pan Hopkins monotonnym głosem mówił coś, co absolutnie nie interesowało żadnego z uczniów. I mimo tego, że rozmawianie podczas lekcji historii nie było zbyt rozsądnym posunięciem, dla Matta wydawało się być jedyną rozsądną możliwością.
- Myślałem, że się obraziłeś – mruknął James, wpatrując się tępo w przestrzeń przed sobą.
- JA się obraziłem? Popatrz na siebie. Zachowujesz się jak kretyn, Jem. Bo jesteś kretynem.
Znów zapanowała między nimi kompletna cisza.
- Super.
Nieporozumienia były o wiele gorsze, niż ogromne kłótnie. W czasie bardzo rzadko pojawiających się awantur wystarczyło, że trochę na siebie pokrzyczeli. Po pięciu minutach było już normalnie, krótkie przeprosiny załatwiały sprawę. Sprzeczki przesycone jadem sprawiały, że Matt chwilami nienawidził Jamesa i przez to odczuwał ogromne poczucie winy. Jak można nienawidzić kogoś, kto równie dobrze mógłby być twoim bratem?
- Dodam na pocieszenie, że ja również nim jestem. – Westchnął z rezygnacją. Siedzący ławkę przed nimi Anthony odwrócił się i uniósł pytająco jedną brew. James zachował się, jakby kompletnie tego nie zauważył.
- Wreszcie powiedziałeś coś sensownego – odparł tonem, który wręcz ociekał jadem.
- W przeciwieństwie do ciebie, czasami zdarzają mi się przebłyski geniuszu – odciął się Matt. Miał dosyć. Dlaczego ten dupek nie może zwyczajnie wyrzucić z siebie wszystkiego, co go tak gnębi? Przecież dawniej nie miał z tym problemów.
- Tak, jeżeli chodzi o najbardziej idiotyczne riposty na świecie, rzeczywiście. - Padła odpowiedź. Oschła i prześmiewcza. Anthony zaśmiał się cicho, chcąc w ten sposób rozładować napięcie.
- Kłócicie się jak... - zaczął spokojnie. Matt natychmiast podchwycił co takiego zamierzał uczynić, więc zasugerował, udając trochę nadąsanego:
- Stare dobre małżeństwo?
- Tak, dokładnie to miałem na myśli.
- Zupełnie jak ja i Star kiedy jeszcze żyła – podsumował James.
Ponura cisza przepełniona bolesnymi wspomnieniami pojawiła się praktycznie natychmiastowo. W głowie Matta myśli tłukły się rozpaczliwie, pragnąc jak najszybciej znaleźć ujście i wylecieć. Mógł zrobić tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, zamknąć się i poczekać aż któryś z jego przyjaciół coś z siebie wydusi. Po drugie, półgębkiem spróbować po raz kolejny sklecić kilka przesyconych nadzieją zdań.
- Rozumiem, że jest ci ciężko. Naprawdę. Ale musisz się pozbierać – stwierdził, przygryzając koniec długopisu. Nie odwracał wzroku od pana Hopkinsa, ale niemalże widział kalejdoskop uczuć przewijający się przez twarz Jema. Strach. Ból. A z drugiej strony coś w rodzaju wdzięczności. Matt miał pewność, co musiały teraz wyrażać jego oczy: Cieszę się, że chociaż ktoś jest w stanie w to uwierzyć.
- Wczoraj dużo o tym myślałem. Macie rację, we wszystkim. Ale po prostu nie potrafię.
Powiedział to tak bardzo żałośnie, iż przez moment wydawało się, że za chwilę rozpadnie się na kilkadziesiąt drobnych kawałków.
- A spróbowałeś chociaż? - zapytał Anthony.
- Gadasz jak moja matka.
- Oczywiście. A ty jak mała, naburmuszona dziewczynka – Matt nie miał zamiaru rezygnować z okazji do przetestowania przyjaciela w pewnej bardzo istotnej kwestii.
- Zamknij się, Mattie – Usłyszał. Wszystko było na świetnej drodze, wręcz doskonałej.
- Idiota. - Każdy człowiek ma swój sposób na okazywanie sympatii. Sposobem Matta i Jamesa było wyzywanie się na wszystkie możliwe sposoby. Gwoli ścisłości, od bardzo dawna nie prowadzili tej zwyczajowej dyskusji, więc teraz Matt był niezwykle zaskoczony kiedy James odpowiedział z szatańskim uśmiechem:
- Dupek.
- Sukinsyn.
- Palant.
- Widzisz, mówiłem, że potrafisz znów być sobą – zauważył Anthony, przerywając im tę dość infantylną potyczkę.
- Przecież jestem. Przez cały czas.
- Zdecydowanie nie. Użalający się nad sobą, zagubiony chłoptaś to nie ty. A teraz przez moment byłeś tym dupkiem, którego lubię – wtrącił Matt. Tym razem nienawistne spojrzenie Jema było zbawienne, bo jak na dłoni można było zauważyć, że nie do końca szczere.
- Któregoś dnia rozkwaszę ci tą pyszałkowatą gębę... - wycedził, ale uśmiechnął się.
- Możecie wreszcie się przymknąć i przestać zachowywać jak małe dzieci?
I mimo tego, że piętnaście minut później zostali przyłapani na gadaniu i ponownie rozsadzeni, Matt wreszcie znalazł odpowiednią drogę. Za cel obrał sobie odzyskanie Jamesa, a było to sprawą najwyższej wagi.
***
Białe ściany łazienki były jak ogromna klatka i Alex czuła się w niej jak bezbronny, mały ptak rozpaczliwie machający skrzydłami i próbujący się wydostać. Ale siedzenie tu było o wiele lepsze, niż gnieżdżenie się we własnym pokoju. Usiadła na parapecie, wyglądając przez okno.
Nienawidziła swojej nowej szkoły. Nienawidziła brudnych ścian, obrzydliwego jedzenia na stołówce i wszystkich zapatrzonych we własne odbicia ludzi. Jeszcze większą odrazę czuła w stosunku do nauczycieli. Nie tolerowali jej sposobu bycia, przekonań i tego, że nie chciała z nikim rozmawiać.
Myślenie o szkole zdecydowanie nie było dobrym sposobem na to, żeby znaleźć formę ucieczki. Czuła się okropnie po skończeniu kolejnej książki, gdy nie miała czego czytać było trochę jak na opuszczonym cmentarzu. Była jednym z niedocenianych dzieci, które zagłębiały się w przygodach Harry'ego Pottera w wieku sześciu lat. Teraz chętniej sięgała po książki, które nie służyły tylko rozrywce. Największy szacunek i podziw wzbudzał w niej George Orwell, uważała jego dzieła za kwintesencję bezdyskusyjnego geniuszu. A teraz nie miała żadnej lektury, po którą mogłaby sięgnąć.
Za oknem wszystko z lekka pociemniało, zapaliły się latarnie. Deszcz bębnił w szybę, układając na niej fantazyjne wzory złożone z różnej wielkości kropli. Jej uwagę gwałtownie przyciągnął poruszający się w oddali, czerwony punkt. Przyglądała mu się, trochę zaintrygowana. Obserwowanie ulic Coldgrove nie było ani trochę fascynujące, ale z braku innych zajęć wbiła wzrok w... No właśnie, czym owy punkt mógł być? Rowerem? Wyjątkowo małym samochodem? Przekonała się, że te przypuszczenia zdecydowanie nie należały do trafnych.
Mimo temperatury pięciu stopni na minusie, samym środkiem Trinity Street szedł zrelaksowanym krokiem jakiś chłopak. Ten sam, z którym zeszłego wieczoru siedziała na schodach, nie odzywając się ani słowem. Może był obłąkany i ją śledził?
Zbeształa się w myślach. Dlaczego niby miałby ją śledzić, skoro spotkali się zaledwie trzy razy. Wcześniej widziała go w dwóch różnych odsłonach. Bezczelnej, aroganckiej podczas lekcji i łagodnie zdziwionej, spokojnej.
Teraz uznała, że chyba rzeczywiście był obłąkany. Wcale nie zwiewał przed deszczem. Wręcz przeciwnie, delektował się każdym kolejnym krokiem, jakby ociekanie wodą sprawiało mu swoistą przyjemność. Kąciki jego ust unosiły się w szerokim, radosnym uśmiechu.
Ludzie są dziwni, pomyślała.
Nie dotarło do niej, że sama również często udawała się na długie, deszczowe spacery, podczas których uśmiechała się w bardzo podobny sposób.


A więc czwarty rozdział mamy już za sobą. Nieśmiało chciałam wspomnieć, że jakiekolwiek opinie są bardzo mile widziane, nie ma lepszej motywacji niż konstruktywna krytyka. 
Zbliżają się trzy tygodnie podczas których moja wyobraźnia może popracować na pełnych obrotach, bo nie ma konieczności, żebym wychodziła z domu. 
Daydreamer ♣






1 komentarz:

  1. Wreszcie mogłam nadrobić zaległości u Ciebie. Zaskoczyło mnie to, że dodałaś dwie notki w ciągu zaledwie dwóch dni. Ja tam wolę dodawać przynajmniej co tydzień, żeby nie było takiego chaosu.
    Matt i Alex są dość podobni, chociaż na pierwszy rzut oka tak się nie wydaje. Szkoda, że Alex jest aspołeczna i udaje kogoś innego. No cóż, ja w to ingerować nie mogę.
    Jem już się wybudza ze swojego stanu. Powoli, ale jednak. Trzymam za niego kciuki.
    To, że gitary są lepsze od dziewczyn, ha ha. :D
    No dobrze, z braku czasu skończę ten komentarz.
    Całusy, czekam na następny. ;)

    OdpowiedzUsuń