Bezsenność.
Dokuczliwa, ciągnąca
się niemiłosiernie od kilku lat bezsenność była przypadłością,
z którą
Alex musiała zmagać się każdego dnia. Rano wstawała do szkoły i
przysypiała na lekcjach. Było to w jej przypadku coś zupełnie
normalnego, przyzwyczaiła się już dawno do podkrążonych oczu i
uczucia zmęczenia.
Niekiedy
miękki
materac łóżka
wydawał być twardy niczym płytki chodnika, a biel sufitu zmieniała
się w niebo rozświetlone milionem gwiazd. Nie istniało nic poza
tym prywatnym niebem, chłodną miękkością pościeli i lodowatym
powietrzem wpadającym przez okno. Czuła się trochę, jakby śniła
na jawie. Zatopiona we własnych myślach.
Ten
chroniczny brak snu nie był
gorszy od wiecznej samotności.
Nigdy nie miała kogoś, z kim mogłaby podzielić się swoimi
przemyśleniami. Dlatego też po jakimś czasie stała się zimna,
zimna niczym lód
i w równym stopniu krucha. Ukrywała
wrażliwość pod maską obojętności i całkiem nieźle jej to
wychodziło.
To
właśnie
w nocy jej największe słabości wychodziły na jaw, jak stado
ruchliwych, małych pająków
rozbiegały
się na wszystkie strony. Czasami pozwalała sobie na płacz. Nie
przeraźliwy, głośny szloch, zaledwie kilka łez. Starała się
zachować resztki wewnętrznej siły. Nienawidziła być sobą. Gdyby
tylko mogła, niechybnie zamieniłaby swoje ciało i umysł na ciało
i umysł kogoś zupełnie innego. Szczęśliwego, najlepiej głupiego.
Bycie nieinteligentnym jest o wiele łatwiejsze, ponieważ nie ma się
w głowie tylu nieposkładanych myśli.
Zastanawiała
się, czy gdyby rzeczywiście byłaby kimś innym, też spotkałoby
ją coś równie okropnego. Na samą myśl o wydarzeniach
sprzed lat sztywniała i bała się oddychać w obawie, że coś
rozsadzi jej płuca. Serce zaczynało tłuc się w piersi, a Alex
czuła, że za moment wyleci przełykiem wraz z zawartością żołądka
i wnętrznościami.
Po
dzieciach niesamowicie utalentowanych matematyków oczekuje się
bezwarunkowej idealności. MUSZĄ mieć takie zdolności, jak
rodzice. MUSZĄ bez problemu dostosowywać się do wszystkich zasad.
MUSZĄ być dumne z tego, kim są. I tutaj docieramy do kolejnego
momentu, w którym można wyjaśnić dlaczego Alex od zawsze
była niczym wybrakowany kawałek układanki.
Max
odziedziczył po ojcu wszystko, co najlepsze - począwszy od
przenikliwego spojrzenia, kruczoczarnych włosów i szerokich
barek, a skończywszy na niebywałej zdolności logicznego myślenia.
Czego więc można spodziewać się po jego przyrodniej siostrze,
córce przypadkowej studentki, która wsiadła pijana za
kierownicę i zginęła wiedząc, że w domu czeka na nią dziecko?
Niczego. Mimo tego, że do szanowanego na całym świecie geniusza,
George'a Cranstona, zwracała się "tato", nie łączyło
jej z nim absolutnie nic.
Po
pierwsze - nie wybaczyła ojcu tego, że zostawił ją samą z Maksem
i gosposią kiedy miała zaledwie sześć lat. Wyjechał do
Szwajcarii, gdzie wykonywał kolejną tajną i wyjątkowo ważną
robotę ściśle związaną ze swoją profesją. Po drugie - nie
miała po nim nawet nazwiska. Po trzecie - nikt nawet nie wiedział,
że George Cranston ma dwójkę nieślubnych dzieci.
Nie
nienawidziła go. Ale też nie kochała. Był jej obojętny.
Wypadek
matki czy to, że musiała błyskawicznie dorosnąć, nie zostawiły
wcale trwałego śladu na jej psychice. Kiedyś nie była nawet
wrażliwa, ta cecha ukształtowała się dopiero po jakimś czasie,
gdy zaczęła doznawać okrucieństwa świata na własnej skórze.
Wcześniej była normalna. Normalna, jak każdy inny dzieciak.
Tylko
do szóstego roku życia.
Tylko
do pewnego grudniowego dnia.
Tylko
do momentu, w którym zaczęła bać się ludzi i po raz
pierwszy nie mogła znieść ich obecności, czując się zduszona.
Tak, jakby każdy był zły. Każdy chciał zrobić jej krzywdę.
Każdy chciał, żeby jeszcze raz zabolało.
Któregoś
dnia popatrzyła na swoje odbicie w lustrze i z furią cisnęła w
nie szczotką do włosów. Szklana tafla rozprysła się po
podłodze, tak samo jak Alex. Była roztrzaskana, zniszczona.
Już
dawno pogrążyła się w morzu nienawiści i utopiła się w nim,
tracąc zdolność do oddychania. Tkwiła pod powierzchnią. Martwa.
Udało
jej się zasnąć dopiero nad ranem. Ostatnimi słowami, które
wypowiedziała w myślach, było tak często powtarzane przez nią
kłamstwo.
Czuję
się dobrze.
***
-
Mam ochotę ukręcić ci łeb.
Matt
doskonale wiedział, że to jedyne słowa, które są w stanie
przerwać milczenie między nim i Jamesem. Nie chciał znowu tracić
przyjaciela na dobre kilka tygodni, bo wiedział, że tym razem kilka
tygodni mogło przerodzić się w kilka lat, a nawet całą
wieczność. Przy tablicy pan Hopkins monotonnym głosem mówił
coś, co absolutnie nie interesowało żadnego z uczniów. I
mimo tego, że rozmawianie podczas lekcji historii nie było zbyt
rozsądnym posunięciem, dla Matta wydawało się być jedyną
rozsądną możliwością.
-
Myślałem, że się obraziłeś – mruknął James, wpatrując się
tępo w przestrzeń przed sobą.
-
JA się obraziłem? Popatrz na siebie. Zachowujesz się jak kretyn,
Jem. Bo jesteś kretynem.
Znów
zapanowała między nimi kompletna cisza.
-
Super.
Nieporozumienia
były o wiele gorsze, niż ogromne kłótnie. W czasie bardzo
rzadko pojawiających się awantur wystarczyło, że trochę na
siebie pokrzyczeli. Po pięciu minutach było już normalnie, krótkie
przeprosiny załatwiały sprawę. Sprzeczki przesycone jadem
sprawiały, że Matt chwilami nienawidził Jamesa i przez to odczuwał
ogromne poczucie winy. Jak można nienawidzić kogoś, kto równie
dobrze mógłby być twoim bratem?
-
Dodam na pocieszenie, że ja również nim jestem. –
Westchnął z rezygnacją. Siedzący ławkę przed nimi Anthony
odwrócił się i uniósł pytająco jedną brew. James
zachował się, jakby kompletnie tego nie zauważył.
-
Wreszcie powiedziałeś coś sensownego – odparł tonem, który
wręcz ociekał jadem.
-
W przeciwieństwie do ciebie, czasami zdarzają mi się przebłyski
geniuszu – odciął się Matt. Miał dosyć. Dlaczego ten dupek
nie może zwyczajnie wyrzucić z siebie wszystkiego, co go tak gnębi?
Przecież dawniej nie miał z tym problemów.
-
Tak, jeżeli chodzi o najbardziej idiotyczne riposty na świecie,
rzeczywiście. - Padła odpowiedź. Oschła i prześmiewcza. Anthony
zaśmiał się cicho, chcąc w ten sposób rozładować
napięcie.
-
Kłócicie się jak... - zaczął spokojnie. Matt natychmiast
podchwycił co takiego zamierzał uczynić, więc zasugerował,
udając trochę nadąsanego:
-
Stare dobre małżeństwo?
-
Tak, dokładnie to miałem na myśli.
-
Zupełnie jak ja i Star kiedy jeszcze żyła – podsumował James.
Ponura
cisza przepełniona bolesnymi wspomnieniami pojawiła się
praktycznie natychmiastowo. W głowie Matta myśli tłukły się
rozpaczliwie, pragnąc jak najszybciej znaleźć ujście i wylecieć.
Mógł zrobić tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, zamknąć się i
poczekać aż któryś z jego przyjaciół coś z siebie
wydusi. Po drugie, półgębkiem spróbować po raz
kolejny sklecić kilka przesyconych nadzieją zdań.
-
Rozumiem, że jest ci ciężko. Naprawdę. Ale musisz się pozbierać
– stwierdził, przygryzając koniec długopisu. Nie odwracał
wzroku od pana Hopkinsa, ale niemalże widział kalejdoskop uczuć
przewijający się przez twarz Jema. Strach. Ból. A z drugiej
strony coś w rodzaju wdzięczności. Matt miał pewność, co
musiały teraz wyrażać jego oczy: Cieszę się, że chociaż
ktoś jest w stanie w to uwierzyć.
-
Wczoraj dużo o tym myślałem. Macie rację, we wszystkim. Ale po
prostu nie potrafię.
Powiedział
to tak bardzo żałośnie, iż przez moment wydawało się, że za
chwilę rozpadnie się na kilkadziesiąt drobnych kawałków.
-
A spróbowałeś chociaż? - zapytał Anthony.
-
Gadasz jak moja matka.
-
Oczywiście. A ty jak mała, naburmuszona dziewczynka – Matt nie
miał zamiaru rezygnować z okazji do przetestowania przyjaciela w
pewnej bardzo istotnej kwestii.
-
Zamknij się, Mattie – Usłyszał. Wszystko było na świetnej
drodze, wręcz doskonałej.
-
Idiota. - Każdy człowiek ma swój sposób na okazywanie
sympatii. Sposobem Matta i Jamesa było wyzywanie się na wszystkie
możliwe sposoby. Gwoli ścisłości, od bardzo dawna nie prowadzili
tej zwyczajowej dyskusji, więc teraz Matt był niezwykle zaskoczony
kiedy James odpowiedział z szatańskim uśmiechem:
-
Dupek.
-
Sukinsyn.
-
Palant.
-
Widzisz, mówiłem, że potrafisz znów być sobą –
zauważył Anthony, przerywając im tę dość infantylną potyczkę.
-
Przecież jestem. Przez cały czas.
-
Zdecydowanie nie. Użalający się nad sobą, zagubiony chłoptaś to
nie ty. A teraz przez moment byłeś tym dupkiem, którego
lubię – wtrącił Matt. Tym razem nienawistne spojrzenie Jema było
zbawienne, bo jak na dłoni można było zauważyć, że nie do końca
szczere.
-
Któregoś dnia rozkwaszę ci tą pyszałkowatą gębę... -
wycedził, ale uśmiechnął się.
-
Możecie wreszcie się przymknąć i przestać zachowywać jak małe
dzieci?
I
mimo tego, że piętnaście minut później zostali przyłapani
na gadaniu i ponownie rozsadzeni, Matt wreszcie znalazł odpowiednią
drogę. Za cel obrał sobie odzyskanie Jamesa, a było to sprawą
najwyższej wagi.
***
Białe
ściany łazienki były jak ogromna klatka i Alex czuła się w niej
jak bezbronny, mały ptak rozpaczliwie machający skrzydłami i
próbujący się wydostać. Ale siedzenie tu było o wiele
lepsze, niż gnieżdżenie się we własnym pokoju. Usiadła na
parapecie, wyglądając przez okno.
Nienawidziła
swojej nowej szkoły. Nienawidziła brudnych ścian, obrzydliwego
jedzenia na stołówce i wszystkich zapatrzonych we własne
odbicia ludzi. Jeszcze większą odrazę czuła w stosunku do
nauczycieli. Nie tolerowali jej sposobu bycia, przekonań i tego, że
nie chciała z nikim rozmawiać.
Myślenie
o szkole zdecydowanie nie było dobrym sposobem na to, żeby znaleźć
formę ucieczki. Czuła się okropnie po skończeniu kolejnej
książki, gdy nie miała czego czytać było trochę jak na
opuszczonym cmentarzu. Była jednym z niedocenianych dzieci, które
zagłębiały się w przygodach Harry'ego Pottera w wieku sześciu
lat. Teraz chętniej sięgała po książki, które nie służyły
tylko rozrywce. Największy szacunek i podziw wzbudzał w niej George
Orwell, uważała jego dzieła za kwintesencję bezdyskusyjnego
geniuszu. A teraz nie miała żadnej lektury, po którą
mogłaby sięgnąć.
Za
oknem wszystko z lekka pociemniało, zapaliły się latarnie. Deszcz
bębnił w szybę, układając na niej fantazyjne wzory złożone z
różnej wielkości kropli. Jej uwagę gwałtownie przyciągnął
poruszający się w oddali, czerwony punkt. Przyglądała mu się,
trochę zaintrygowana. Obserwowanie ulic Coldgrove nie było ani
trochę fascynujące, ale z braku innych zajęć wbiła wzrok w... No
właśnie, czym owy punkt mógł być? Rowerem? Wyjątkowo
małym samochodem? Przekonała się, że te przypuszczenia
zdecydowanie nie należały do trafnych.
Mimo
temperatury pięciu stopni na minusie, samym środkiem Trinity Street
szedł zrelaksowanym krokiem jakiś chłopak. Ten sam, z którym
zeszłego wieczoru siedziała na schodach, nie odzywając się ani
słowem. Może był obłąkany i ją śledził?
Zbeształa
się w myślach. Dlaczego niby miałby ją śledzić, skoro spotkali
się zaledwie trzy razy. Wcześniej widziała go w dwóch
różnych odsłonach. Bezczelnej, aroganckiej podczas lekcji i
łagodnie zdziwionej, spokojnej.
Teraz
uznała, że chyba rzeczywiście był obłąkany. Wcale nie zwiewał
przed deszczem. Wręcz przeciwnie, delektował się każdym kolejnym
krokiem, jakby ociekanie wodą sprawiało mu swoistą przyjemność.
Kąciki jego ust unosiły się w szerokim, radosnym uśmiechu.
Ludzie
są dziwni,
pomyślała.
Nie
dotarło do niej, że sama również często udawała się na
długie, deszczowe spacery, podczas których uśmiechała się
w bardzo podobny sposób.
A więc czwarty rozdział mamy już za sobą. Nieśmiało chciałam wspomnieć, że jakiekolwiek opinie są bardzo mile widziane, nie ma lepszej motywacji niż konstruktywna krytyka.
Zbliżają się trzy tygodnie podczas których moja wyobraźnia może popracować na pełnych obrotach, bo nie ma konieczności, żebym wychodziła z domu.
Daydreamer ♣
Wreszcie mogłam nadrobić zaległości u Ciebie. Zaskoczyło mnie to, że dodałaś dwie notki w ciągu zaledwie dwóch dni. Ja tam wolę dodawać przynajmniej co tydzień, żeby nie było takiego chaosu.
OdpowiedzUsuńMatt i Alex są dość podobni, chociaż na pierwszy rzut oka tak się nie wydaje. Szkoda, że Alex jest aspołeczna i udaje kogoś innego. No cóż, ja w to ingerować nie mogę.
Jem już się wybudza ze swojego stanu. Powoli, ale jednak. Trzymam za niego kciuki.
To, że gitary są lepsze od dziewczyn, ha ha. :D
No dobrze, z braku czasu skończę ten komentarz.
Całusy, czekam na następny. ;)