Słuchane podczas pisania...

wtorek, 15 lipca 2014

Rozdział 2

Anthony wyszedł z domu, pokonał skrzyżowanie i usiadł na schodach przed klatką schodową jednego z budynków. Od kiedy się poznali, on i Matt codziennie chodzili razem do szkoły. Odległość spokojnie starczyła na to, żeby przegadać godzinę o wszystkim, o czym tylko dusza zapragnie. Obaj całkiem lubili te leniwe spacery, bo były jak ostatnie chwile wolności przed wyrokiem skazującym na dożywocie.
- Zimno jak cholera, nie uważasz?
Kiedy usłyszał znajomy głos był zszokowany, ale zamaskował to wyrazem twarzy mówiącym, że już od dawna to przewidywał. James uśmiechał się do niego tak, jak jeszcze przed śmiercią Star, ale kiedy ujrzał kamienną maskę na twarzy przyjaciela, gwałtownie spochmurniał.
- Nie ma w tym niczego dziwnego – skomentował Anthony, lekko unosząc brwi. Cenił sobie spokój i zazwyczaj bardzo umiejętnie się nim wykazywał. Bycie flegmatykiem przynosiło mnóstwo korzyści. Nad każdym zdaniem pięć razy się zastanawiał, dzięki czemu nie musiał później tłumaczyć się z nietaktowności. Dodatkowo posiadał jeszcze zdolność do uspokajania innych. W porównaniu do Matta, u którego nastroje zmieniały się niczym u kobiety przed okresem, zdecydowanie można było nazwać go najbardziej wyrozumiałym i stabilnym emocjonalnie człowiekiem na świecie. Większość znajomych żartowało, że byłby genialnym psychologiem. Było w tym bardzo dużo prawdy.
James natomiast po tym, co się stało, zdecydowanie spotulniał. Kiedyś wszyscy za nim przepadali, obracał się w każdym możliwym kręgu towarzyskim – począwszy od nizin społecznych, a skończywszy na popularnych uczniach w szkole, a dodawszy do tego otwartość, wrażliwość i beztroskę, był również obiektem westchnień wielu dziewczyn. Zupełnie jak Star, jego bratnia dusza i idealna kopia płci żeńskiej. Po jej odejściu zmienił się nie do poznania w kompletnie zagubioną, odludną wersję siebie. Anthony chciał mu pomóc, ale było to niemożliwe.
A przed kilkoma sekundami widział przed sobą tego dawnego, tak doskonale mu znanego Jamesa.
- Czekasz na Matta? - zapytał swobodnie, nadal tuszując chęć zadania miliona pytań tak bardzo podobnych do siebie nawzajem. Gdzie się podziewałeś? Dlaczego tylko pogarszasz sytuację? Czy mógłbyś chociaż raz nie zachowywać się jak podły egoista? Myślisz, że jedynie ty miałeś po tym wszystkim ochotę cofnąć czas?
- Wiem, że zawaliłem – odparł James, przepraszająco unosząc kąciki ust w czymś na kształt uśmiechu. Jego szczerość ucieszyła Anthony'ego, w końcu mogła być pierwszym objawem powrotu do normalności.
- I postanowiłeś przypomnieć sobie o naszym istnieniu? - Wbił w swojego rozmówcę przenikające na wskroś spojrzenie, które potrafiło wydusić najbardziej prawdziwe wyznania.
- Czy ty naprawdę zawsze musisz czytać w myślach?
- Wygląda na to, że tak – Wzruszył ramionami i dodał: - Jasne, rozumiem.
- Obgadujecie mnie?
Z sąsiedniej klatki schodowej wypadł zdyszany za przyczyną sprintu po schodach Matt. Anthony z ulgą stwierdził, że on przez praktycznie cały czas zachowywał się tak, jak kiedyś. Nawet, jeżeli w domu się załamywał, przy przyjaciołach doskonale udawał, że nic się nie stało. Tylko czasem wyrywały mu się jakieś kłopotliwe stwierdzenia, ale znikały szybciej, niż kostki do gitary, które zawsze gubił w ogromnych ilościach.
- Chciałbyś – trochę zbyt ponuro skwitował James.
Matt zaśmiał się, po czym nie czekając na resztę ruszył oświetlonym przez słońce chodnikiem. Doskonale wiedział, że nie ma mowy, żeby po chwili do niego nie dołączyli. I nie mylił się. Anthony'emu odpowiadało to jedno z jego wcieleń, pewne siebie i nierozgarnięte.
Ruszyli przed siebie, choć co jakiś czas zapadało niezręczne milczenie. Wtedy, kiedy oczekiwali na wypowiedź Star, ale się nie odzywała.

******
Głos nauczyciela mieszał się z rozmowami rówieśników Matta i bluzgami mężczyzn za oknem. Wbił wzrok w tablicę i próbował zrozumieć cokolwiek z tego, co zostało na niej nabazgrane, ale niestety, średnio interesowała go historia, a tym bardziej pan Hopkins, który tłumaczył coś monotonnym głosem.
Matt często popadał w zamyślenie. Szczególnie w szkole. Nie było w tym niczego dziwnego, zważywszy na to, że jego myśli pochłaniały różne ciekawsze rzeczy – piosenka, nad którą od dłuższego czasu pracował, książka, którą ostatnio przeczytał i jej okropne zakończenie, oraz wszystkie sprawy natury kontaktów międzyludzkich.
Kiedy rano zobaczył Jamesa rozmawiającego z Anthonym na schodach, rzeczywiście poczuł się radosny i lekki jak piórko. Miał siłę, żeby żartować i cieszyć się życiem, teraz jednak resztki dobrego nastroju opuściły go z prędkością światła, a wpływała na to nie tylko senna, szkolna atmosfera, ale też ciągłe uczucie niedospania. Najchętniej wyciągnąłby się na ławce i zasnął.
Z tego stanu wyrwał go pan Hopkins we własnej osobie, przerywając mentalną drzemkę Matta i doprowadzając go przy tym do szału.
- Pullman, nie przysypiaj! Uwierz, że dla mnie to też nie jest najbardziej interesujące zajęcie – zakrzyknął ostrzegawczym tonem. Chłopak popatrzył na niego z jawną niechęcią, po czym odparł obojętnie:
- Nie dziwię się.
Uniósł przy tym brwi, co dawało kompletnie bezczelny efekt. Pan Hopkins lekko się skrzywił. Jezu, mogłem tego nie robić – Matt nagle zapragnął z całej siły pacnąć się w czoło. Teraz ten stary kretyn zacznie swój wielce fascynujący wykład o dobrym wychowaniu.
Nie było to pomyłką, spędził zbyt dużo czasu w towarzystwie tego niekiedy niesprawiedliwego, prześmiewczego i postarzałego faceta, żeby nie przewidywać jego reakcji.
- Na za dużo sobie pozwalasz, Pullman. Wstań kiedy do ciebie mówię!
Przez ułamek sekundy niechętnie patrzył w nabiegłe krwią oczy mężczyzny, po czym podniósł się, wspierając na blacie ławki i mruknął coś, co zabrzmiało podejrzanie jak jasne, jasne. Ten lekceważący stosunek często utrudniał życie, ale w gruncie rzeczy bez niego Matt nie byłby sobą. Tak, jak wiele miesięcy po śmierci Star.
Zeszłej nocy coś się zmieniło, czuł to w powietrzu, jednak nie potrafił zaakceptować myśli, że czas już powrócić do wszystkiego, co było kiedyś. Przede wszystkim, nie chciał opuszczać Jamesa w tym niekończącym się tunelu cierpienia. Był mu coś winien za te wszystkie lata wsparcia.
Zdawało się to być trudnym do rozwiązania dylematem. Po pierwsze – gdyby rzeczywiście udało mu się przywrócić porządek w głowie przyjaciela, a to graniczyło z cudem, zapewne Star odpłynęłaby w zapomnienie. Fakt, życie przeszłością jest okropne, ale czy na pewno należało zapominać o jej istnieniu? Z drugiej strony, to byłoby idealne dla Jamesa rozwiązanie, bo przestałby się tak zadręczać. Po trzecie – Matt sam nie wiedział, czy powinien ingerować w tą sprawę. 
Za dużo problemów jak na jedną osobę...
- Pullman, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - Zagrzmiał mu nad uchem głos wściekłego pana Hopkinsa. Został brutalnie przywrócony do rzeczywistości. Wzruszył ramionami i pozwolił głupkowatemu uśmieszkowi wpełznąć na twarz. - Z czego się śmiejesz? Do ostatniej ławki, zejdź mi z oczu! - Usłyszał. Hopkins wrócił do tablicy i jak gdyby nigdy nic począł dalej wypisywać miliony nic nieznaczących dat, a Matt popatrzył ukradkiem na siedzącego obok Anthony'ego i przewrócił oczami, nadal się uśmiechając. Dobiegł go stłumiony chichot Jamesa. Obrócił głowę, zaskoczony. Boże, czy to możliwe, że James znowu się śmiał? Przecież nie robił tego od dłuższego czasu, to znaczy przed ich ostatnim spotkaniem.
Wymaszerował na koniec sali i szybko rozejrzał się po ostatnich ławkach. Grający beztrosko na kosztującym majątek telefonie członek drużyny futbolowej. Grzebiący sobie w uchu osiłek, którego koszulka wyglądała na poplamioną czymś dziwnie przypominającym wymiociny. Dziewczyna rysująca coś w zeszycie. Wyglądała o wiele bardziej zachęcająco, więc opadł na krzesło obok. Wzdrygnęła się, jakby czymś ją wystraszył, po czym zamknęła gwałtownie zeszyt i uciekła wzrokiem.
Matta zdziwiło takie zaniepokojenie jego osobą, nigdy wcześniej się z nim nie spotkał. Fakt, zjawił się dość niespodziewanie, ale w oczach dziewczyny malowała się nutka paniki, która nie mogła być spowodowana czymś w równym stopniu oczywistym. Przynajmniej takie miał wrażenie i póki co nie mógł przekonać się, czy było trafne.
Z reguły lubił obserwować ludzi. Nie, żeby był wścibski, po prostu kiedy w pobliżu nie było Anthony'ego czy Jamesa, wolał trzymać się z boku i tylko śledzić różne zachowania. Dzięki temu potrafił wyczytać z wyrazu twarzy wszelkiego rodzaju emocje, a ton mógł zdradzać jego rozmówców w kwestii zdenerwowania, ale też prawdomówności. Przydatna umiejętność.
Dopiero po kilku minutach odważył się uważniej przyjrzeć swojej sąsiadce z ławki. Nie widział jej wcześniej, więc musiała być nowa. Słyszał co prawda jakieś krótkie informacje rozpowszechniane na ten temat – ponoć została wyrzucona za pobicie z poprzedniej szkoły.
To niemożliwe, pomyślał. Była zbyt drobna, żeby porządnie komuś przyłożyć, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Poza tym, nie wyglądała na agresywną. Z obezwładniającymi szarymi oczyma pod kurtyną długich rzęs, kilkoma piegami na nosie i lśniącymi włosami nadawała się raczej na modelkę. Zapewne nie w mniemaniu większości społeczeństwa, skoro siedziała całkowicie sama. Dla Matta jednak była wcieleniem ideału urody, a to sprawiło, że na kilka sekund znieruchomiał, nie potrafiąc oderwać od niej wzroku.
Opamiętał się w porę, wgapiając się w tablicę i przestając się przyglądać.
Po jakimś czasie nie wytrzymał i ponownie na nią spojrzał. Zastanawiał się jakie tajemnice skrywała. A może nie miała żadnych, tylko po prostu była aspołeczna? Nie, to niemożliwe. Skąd, u licha, wyciągnął w ogóle wniosek, że izolowała się od społeczeństwa? Nie wiedział absolutnie nic, opierał wnioski na czysto przypadkowych przeczuciach. Podpowiadał mu to instynkt, który James złośliwie nazywał kobiecą intuicją. Jako, że mieli dość podobne poczucie humoru, Matt zazwyczaj z dystansem do siebie śmiał się, po czym odparowywał coś o identycznym charakterze. Lubili sobie dogryzać, w ten sposób okazywali sympatię.
Jedną z najbardziej dokuczliwych wad Matta był brak zdolności do trzymania gęby na kłódkę. Bez wcześniejszego zastanowienia szepnął do dziewczyny:
- Jesteś tu nowa?
W jej szarych oczach malował się ogromny chłód. Zmierzyła go wzrokiem, a ślady dawnego lęku i nieśmiałości zniknęły, ustępując miejsca niechęci.
- Czego chcesz? - warknęła. Zdziwiła go ta reakcja. Większość przedstawicielek płci pięknej, z którymi miał do czynienia na co dzień, cieszyła się kiedy ktoś okazywał im zainteresowanie. Kochały być w centrum uwagi, podziwiane, oblegane... Oczywiście nie wszystkie. Niektóre trzymały się na uboczu, ale i tak miały znajomych. Po prostu nie czuły się dobrze w towarzystwie nieznajomych lub bogatszych od siebie. Szare myszki. Czy ona mogła być jedną z nich?
- Niczego. Po prostu spytałem, czy jest w tym coś złego? - Uniósł jedną brew i uśmiechnął się lekko, licząc, że to odwzajemni. Nic podobnego. Skrzywiła się, po czym odwróciła wzrok i odpowiedziała w ten sam oschły sposób, co wcześniej.
- W takim razie po prostu nie pytaj – poradziła. Nie potrafił jej rozgryźć, podczas gdy w wielu przypadkach udawało mu się to po minucie. A teraz ze sposobu zachowania nie mógł wyczytać absolutnie nic, tak, jakby stworzyła wokół siebie barierę nie do zburzenia.
- Okay – Wzruszył ramionami. Milczeli. Całkiem mu to pasowało, choć chciałby zapytać o kilka rzeczy. Może miałabyś ochotę na kawę? Mieszkasz w Coldgrove od niedawna? Czemu, do cholery, nigdy wcześniej nie wiedziałem, że istniejesz?
O wpół do trzeciej pan Hopkins zadał koszmarnie długą pracę domową i poradził uczniom, żeby zaczęli pisać ją piętnaście minut przed dzwonkiem.
- Masz podręcznik? - odezwała się dziewczyna. Matt przytaknął, przez moment przegrzebywał plecak w poszukiwaniu odpowiedniej książki, trochę dziwiąc się na widok wielu zagubionych długopisów i swojej ulubionej kostki gitarowej, której ostatnio szukał przez jakieś dwie godziny. Podręcznik wylądował na blacie.
- Hopkins to straszny dupek – mruknął pod nosem.
Tym razem uśmiechnęła się, a jego coś ukłuło w piersi. Star uśmiechała się całkiem podobnie, tylko nie tak gorzko i bez cienia ironii. Przypomniał sobie, że chyba nie powinien czuć się tak wspaniale. Ale nie mógł nic na to poradzić i wyjątkowo go to denerwowało.
- Myślę, że jest wielu gorszych – stwierdziła rzeczowo. Przyjrzała mu się w sposób powodujący, że przez moment miał wrażenie, jakby właśnie rozkładała jego duszę na czynniki pierwsze. Onieśmieliła go i zapomniał języka w gębie. Zapomniał jak się mówi.
I nie odezwał się ani słowem już do końca lekcji, dogłębnie speszony i z niewiadomych powodów dotknięty do żywego. Mogła kierować te słowa do niego? Skąd wiedziała, że w istocie niekiedy zachowywał się jak dupek? Przecież się nie znali. A może wręcz przeciwnie – może znali się aż za dobrze, choć jeszcze o tym nie wiedzieli.
Czuł, że mają ze sobą wiele wspólnego, przyszło to niemal naturalnie. Zwyczajnie, nagle wpadła mu do głowy taka myśl. Zapragnął podzielić się z nią wszystkimi lękami, choć nigdy wcześniej się nie spotkali. Jeszcze dziwniejsze było to, że wcale nie czuł się zakochany.
Gdyby rzeczywiście się zakochał, chodziłby z głową w chmurach. Tymczasem rzeczywistość była tak bolesna, że niemal wgniatała go w ziemię. Potrzebował czegoś, co wniosłoby w jego życie radość większą, niż muzyka. Nie miał jednak w planach głowienia się, co miałoby to być. 

*******
- Musimy przestać żyć jej śmiercią.
To zdanie przeszyło powietrze jak strzała wycelowana w samo serce niewinnego człowieka. Na dźwięk niespodziewanych słów James prawie zakrztusił się sokiem pomarańczowym. Za to, co powiedział, miał ochotę zrobić coś, żeby Matt natychmiast znalazł się w psychiatryku pod czujnym okiem doświadczonych w ciężkich przypadkach lekarzy. Jak w ogóle mógł wygadywać takie rzeczy?
- Zwariowałeś?! Przecież... - zaczął, ale został brutalnie uciszony przez Anthony'ego.
- Jem, on ma rację – powiedział śmiertelnie poważnie.
Siedzieli w piwnicy, która znajdowała się pod blokiem, w którym mieszkał. Spotykali się w niej od zawsze, było to jedyne miejsce, w którym Matt mógł do woli grać na gitarze po dwudziestej nie zakłócając wieczornego oglądania telenoweli sześćdziesięcioletnim sąsiadkom. Dla wszystkich piwnica była czymś w rodzaju azylu. Po śmierci Star każdy przesiadywał tam wyłącznie w samotności lub we dwie osoby, pogrążając się w spowijającej ich niczym mgła ciszy. Ani razu nie zdarzyło się, żeby powrócili w starym składzie.
- Nie żyję jej śmiercią – zaprzeczył, potrząsając głową. Nie mieściło mu się w głowie, że Matt właśnie zaproponował, żeby zapomnieli. Jak mógłby zapomnieć o Star? Star, którą tak świetnie znał? Star, którą kochał? Star, która w dużej części ukształtowała kim był jako człowiek? Nie ma mowy. Wręcz przeciwnie, chciał jak najdokładniej móc odtwarzać w pamięci każdy szczegół. Jak prywatny film z nieszczęśliwym zakończeniem.
- Nie, wcale. W jakim świecie ty żyjesz? Niebo jest różowe, prawda? A żarcie na szkolnej stołówce smakuje wyśmienicie! Jeżeli nie żyjesz jej śmiercią, to jestem przygrubym kupidynem w obcisłych gaciach! - Matt zaśmiał się sarkastycznie. Zgromiony spojrzeniem przez Anthony'ego trochę spotulniał, ale dalej wyglądał, jakby miał ochotę dodać jeszcze kilka rzeczy.
Ta reakcja negatywnie go zaskoczyła. Myślał, że zna go lepiej, niż własna matka, a jednak nie – nie rozumiał absolutnie nic. James gwałtownie poczuł falę wściekłości w stosunku do przyjaciela. Oczywiście, ten nadęty kurdupel nigdy nikogo nie kochał, tylko samego siebie. Nie miał nawet rodziców, siostry, brata... i dziewczyny. Nie miał o tym pojęcia. I nie wiedział jak to jest stracić kogoś, kogo kochasz do utraty tchu. Cholerny egoista.
- Chodzi o to, że za bardzo rozpamiętujesz wszystko, co się wydarzyło – uspokajająco rzekł Anthony.
Czasami zdziwienie jest jak upadek z dużej wysokości. Na moment organizm odmawia współpracy i nie można zaczerpnąć oddechu. Dla Jamesa był to co najmniej upadek ze szczytu Wieży Eiffla.
- Nie – powiedział. Wydusił to słowo tak cicho, że nie spodziewał się, że ktokolwiek go usłyszy.
- Czyli jestem przygrubym kupidynem, tak? Trzeba jeszcze tylko sprawdzić, czy nie skończyły mi się strzały miłości, przecież zawsze noszę je przy dupie, żebyś nie zakosił – ironizował Matt, nadal z doprowadzającym do szału jadem.
- Możesz się zamknąć? - zapytał go uprzejmie Anthony. Chyba zapominasz, jaki jest czasem dziecinny, pomyślał James. Miał ochotę westchnąć teatralnie, wykrzyknąć, że ma to wszystko w dupie, a później iść na pomost, którego jak na nieszczęście nie było w Coldgrove, a następnie skoczyć prosto do lodowatej wody.
- Dlaczego? Mam dosyć tego użalania się nad sobą, bo sam też chcę się go pozbyć – W głosie Matta zabrzmiała lekka histeria. Psychiatryk to naprawdę świetny pomysł.
- Tym razem nie chodzi o ciebie, Mattie – Emanowało to niemalże nienaturalnym opanowaniem, jakby Anthony nie zarzucał mu nic, tylko tłumaczył pracę domową albo objaśniał nowy plan zajęć. - Tak się składa, że nie zawsze musisz być w świetle reflektorów, więc czy mógłbyś tak z łaski swojej przymknąć tą pyszałkowatą gębę i pozwolić mi powiedzieć coś sensownego, w czym nie będzie kupidynów i strzał miłości?
- TŁUSTYCH kupidynów – przypomniał obiekt powszechnej irytacji. Po przeanalizowaniu poprzedniej wypowiedzi zmrużył oczy, poważniejąc, po czym wycedził : - I nie nazywaj mnie tak.
- Po prostu bądź cicho, okay?
Wymienili między sobą znaczące, porozumiewawcze spojrzenia, po których cała chęć zaprezentowania światu swojego niezadowolenia na dobre uleciała z głowy Matta. James w myślach stwierdził, że ma tego dosyć. Chciał się podnieść, ale nogi miał jak przyrośnięte do podłogi.
- Jasne.
- Jem, musisz znowu normalnie funkcjonować – zwrócił się w jego stronę Anthony.
- Nie – Padła tak samo cicha odpowiedź.
- Rozumiem, że to było trudne. Uwierz, na pewno nie czuliśmy się lepiej od ciebie. Ale to, że Star nie...
- Nie wypowiadaj nawet tego słowa! - James nie chciał znowu tego słyszeć. Już zbyt wiele razy bolał go sam dźwięk słów nie żyje, a w połączeniu z imieniem Star było jeszcze gorzej.
- Dobrze. To, że jej już z nami nie ma, nie oznacza, że ty też musisz znikać – Anthony jak zawsze podszedł do rzeczy delikatnie, tak, żeby nikogo przy tym nie zranić. Rozmawianie o tej sprawie było jak omijanie laserów odległych od siebie o centymetr i w wyjątkowo zróżnicowanym rozmieszczeniu.
- Nie – powtórzył James.
- Zobaczysz, niedługo znajdziesz jakąś dziewczynę, która będzie w równym stopniu...
- Nie – odparł znów, jak echo. Wpatrzył się nieprzytomnie w ścianę, jakby właśnie umarł i pozostało tylko samo ciało, zastygłe w jednej pozycji.
- Okay, znajdziesz dziewczynę, dzięki której wszystko znowu zacznie mieć sens – westchnął Anthony. Zabrzmiało to trochę kiepsko, więc jako realista dodał: - Ale póki co masz tylko nas. Dlaczego nie może być tak, jak dawniej? Pamiętasz kiedy założyliśmy zespół? Przykleiliśmy panią Trout do krzesła? Planowaliśmy wypuszczenie tysiąca białych myszy na sali gimnastycznej?
- Dlaczego nie może być tak, jak dawniej? - Ton Jamesa wskazywał na początki istnego szaleństwa. Ze sporą krztą niedowierzania i zawodu. - Czy ty sam siebie słyszysz? Star NIE ŻYJE. Jest martwa. Sama, zimna w tej pieprzonej trumnie, a mnie nie ma przy niej. Nienawidziła samotności, zapomniałeś? Tak, jak dawniej? Nic nie może być takie, jak dawniej bez niej. Była jedyną osobą na świecie, z którą chciałem wysadzić szkołę w powietrze. Tak, jak dawniej?
- Nie próbuj wmówić mi, że nigdy się nie przyjaźniliśmy – Krótkie przypomnienie sprawiło, że jeszcze bardziej miał ochotę kłamać. Wziął głęboki oddech. Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Liczenie zawsze pomagało. Odetchnął i, zrezygnowany, przyznał:
- Przyjaźniliśmy. I teoretycznie przyjaźnimy się dalej.
- Teoretycznie. A co z praktyką? Nie możesz tak dłużej rozpamiętywać jej śmierci, to chora obsesja! - wtrącił się Matt.
- W takim razie zafunduj mi wizytę u lekarza od czubków. Proszę bardzo.
- Jem, Star chciałaby, żebyś umiał bez niej żyć.
- Nieprawda! Skąd możesz to wiedzieć? To ja ją najlepiej znałem.
- Chciałaby, bo cię kochała.
Zapadła kilkuminutowa cisza. Mieli rację, ale było to straszne, bezduszne. Żądanie czegoś takiego powinno być karane. Nie, nie żądanie. Chcą tego tylko dla mojego dobra, to przecież... - pomyślał James, ale natychmiast odgonił to od siebie.
- I dlatego nie powinienem o niej zapominać – wywnioskował, przenosząc wzrok na własne dłonie. Patrzenie na Matta mogłoby doprowadzić do zabójstwa za pomocą uduszenia, a na Anthony'ego- zbyt szybkim zrozumieniem, że wszystko było prawdą i powinien w to wierzyć bez względu na swoje przekonania.
- Nie chodzi o zapominanie. Chodzi o potraktowanie tej śmierci jako coś naturalnego.
- Naturalnego? W wieku szesnastu lat?
Kolejna przerwa. Milczenie spowodowane skrywanym przez tyle czasu bólem. Bólem prawdy, która okazała się być straszną suką. Najpierw zwodziła ich, insynuując, że może nie będzie tak źle. Teraz zatrzymała się na moment i z całej siły im przyłożyła, żartując i chichocząc.
- Nie. Naturalnego z powodu tego, o czym nie powiedziała nawet tobie.
- Założyłeś podsłuch w mojej sypialni?
- Nie powiedziała ci o tym. Nikomu nie powiedziała. I dlatego też wiem, że cię kochała, nie chciała, żebyś się martwił.
- Nie – James powrócił do dawnego sposobu unikania zbędnych odpowiedzi. Choć głos mu się łamał, nadal dokładnie ukrywał fakt, że już zdążył wszystko zrozumieć i zauważyć, że rzeczywiście powinien spróbować być tym dawnym Jamesem, którego znali wszyscy jego znajomi.
- Pogódź się z tym, że rozpaczając nie przywrócisz jej życia – zakończył Anthony.
Matt machinalnie zmierzwił sobie włosy.
Jem wstał, odnalazł kurtkę rzuconą na oparcie jednego z krzeseł, po czym wyszedł bez zbędnego słowa pożegnania. Wypadł na ulicę, po czym puścił się biegiem przed siebie. Nie wiedział dokąd, po prostu biegł. Dopiero kiedy obejrzał się za siebie i zauważył, że jest w bezpiecznej odległości, zwolnił, dając wykończonym płucom chwilę wytchnienia. Wetknął dłonie w kieszenie. Ruszył przed siebie, zostawiając ślady na brudnym śniegu.
Tak bardzo samotny nie czuł się jeszcze nigdy. Nawet bezpośrednio po pogrzebie. Zdawanie sobie sprawy z własnych słabości jest straszne, szczególnie, kiedy wcześniej jesteś przekonany o swojej nieomylności.




Z góry przepraszam za błędy, mam nadzieję, że komukolwiek się to spodoba. 
Daydreamer ♣

2 komentarze:

  1. Nie wiem czemu, ale Matt zawsze kojarzył mi się z muzykiem. Chyba w 50% opowiadań, gdzie to imię występuje, Matt to gitarzysta. Chyba nie tylko mi to się kojarzy...
    >Tak, jak wiele miesięcy po śmierci Star. > bez przecinka po 'tak'.
    Oks, przeczytałam
    Nie lubię Jema, no nie trawię gościa. Czemu musi być taki uparty? To on powiedział, że Matt jest dziecinny, a sam lepiej się nie zachowywał.
    Ta nowa, to ta dziewczyna z prologu? Jeżeli tak, to niezłe połączenie: Matt i ona. Strasznie podobni.
    Anthony kojarzy mi się z takim gościem, co nigdy się nie uśmiecha, zawsze jest cholernie poważny i musi przemyśleć wszystko co zrobi i powie.
    Ech, dobrze, z braku czasu mogę tylko tyle napisać.
    Czekam na trójeczkę! Jestem strasznie ciekawa! :)
    I.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie zawsze musi być ktoś, kto na czymś gra. Bez tego jest tak nudno. Sama mam obsesję na punkcie muzyki, więc w sumie to przychodzi jakoś tak naturalnie. A że Matt jest jednym z moich ulubionych bohaterów, to jego postanowiłam obdarzyć talentem.
      Myślę, że Jema można albo bardzo lubić albo wręcz przeciwnie. To poprzednie wcielenie pewnie bardziej przypadłoby wszystkim do gustu, ale myślę, że tak będzie więcej zaskoczenia kiedy się trochę zmieni.
      Tak i owszem, to właśnie Alex. Nie mogę zdradzić więcej, więc powiem, że już w następnym rozdziale nastąpi niejakie rozwinięcie ich znajomości.
      Anthony to takie przeciwieństwo Matta. I w gruncie rzeczy to postać, w której praktycznie nie widzę swoich cech charakteru.
      Trzeci rozdział będzie najprawdopodobniej około dwudziestego siódmego dopiero, bo wyjeżdżam. Albo, jeżeli będzie mi się chciało dziś siedzieć do trzeciej, może jutro rano. Się zobaczy.
      Pozdrawiam,
      Daydreamer ♣

      Usuń