Anthony
wyszedł z domu, pokonał skrzyżowanie i usiadł na schodach przed
klatką schodową jednego z budynków. Od kiedy się poznali, on i Matt codziennie chodzili razem do szkoły. Odległość spokojnie
starczyła na to, żeby przegadać godzinę o wszystkim, o czym tylko
dusza zapragnie. Obaj całkiem lubili te leniwe spacery, bo były jak
ostatnie chwile wolności przed wyrokiem skazującym na dożywocie.
-
Zimno jak cholera, nie uważasz?
Kiedy
usłyszał znajomy głos był zszokowany, ale zamaskował to wyrazem
twarzy mówiącym, że już od dawna to przewidywał. James
uśmiechał się do niego tak, jak jeszcze przed śmiercią Star, ale
kiedy ujrzał kamienną maskę na twarzy przyjaciela, gwałtownie spochmurniał.
-
Nie ma w tym niczego dziwnego – skomentował Anthony, lekko unosząc
brwi. Cenił sobie spokój i zazwyczaj bardzo umiejętnie się
nim wykazywał. Bycie flegmatykiem przynosiło mnóstwo
korzyści. Nad każdym zdaniem pięć razy się zastanawiał, dzięki
czemu nie musiał później tłumaczyć się z nietaktowności.
Dodatkowo posiadał jeszcze zdolność do uspokajania innych. W
porównaniu do Matta, u którego nastroje zmieniały się
niczym u kobiety przed okresem, zdecydowanie można było nazwać go
najbardziej wyrozumiałym i stabilnym emocjonalnie człowiekiem na świecie. Większość
znajomych żartowało, że byłby genialnym psychologiem. Było w tym
bardzo dużo prawdy.
James
natomiast po tym, co się stało, zdecydowanie spotulniał.
Kiedyś wszyscy za nim przepadali, obracał się w każdym możliwym
kręgu towarzyskim – począwszy od nizin społecznych, a
skończywszy na popularnych uczniach w szkole, a dodawszy do tego
otwartość, wrażliwość i beztroskę, był również obiektem
westchnień wielu dziewczyn. Zupełnie jak Star, jego bratnia dusza i idealna kopia płci żeńskiej. Po jej odejściu zmienił się nie do poznania w kompletnie
zagubioną, odludną wersję siebie. Anthony chciał mu pomóc,
ale było to niemożliwe.
A
przed kilkoma sekundami widział przed sobą tego dawnego, tak
doskonale mu znanego Jamesa.
-
Czekasz na Matta? - zapytał swobodnie, nadal tuszując chęć
zadania miliona pytań tak bardzo podobnych do siebie nawzajem. Gdzie
się podziewałeś? Dlaczego tylko pogarszasz sytuację? Czy mógłbyś
chociaż raz nie zachowywać się jak podły egoista? Myślisz, że
jedynie ty miałeś po tym wszystkim ochotę cofnąć czas?
-
Wiem, że zawaliłem – odparł James, przepraszająco unosząc
kąciki ust w czymś na kształt uśmiechu. Jego szczerość
ucieszyła Anthony'ego, w końcu mogła być pierwszym objawem
powrotu do normalności.
-
I postanowiłeś przypomnieć sobie o naszym istnieniu? - Wbił w
swojego rozmówcę przenikające na wskroś spojrzenie, które
potrafiło wydusić najbardziej prawdziwe wyznania.
-
Czy ty naprawdę zawsze musisz czytać w myślach?
-
Wygląda na to, że tak – Wzruszył ramionami i dodał: - Jasne,
rozumiem.
-
Obgadujecie mnie?
Z
sąsiedniej klatki schodowej wypadł zdyszany za przyczyną sprintu po schodach Matt. Anthony z ulgą
stwierdził, że on przez praktycznie cały czas zachowywał się
tak, jak kiedyś. Nawet, jeżeli w domu się załamywał, przy
przyjaciołach doskonale udawał, że nic się nie stało. Tylko
czasem wyrywały mu się jakieś kłopotliwe stwierdzenia, ale
znikały szybciej, niż kostki do gitary, które zawsze gubił
w ogromnych ilościach.
-
Chciałbyś – trochę zbyt ponuro skwitował James.
Matt
zaśmiał się, po czym nie czekając na resztę ruszył oświetlonym
przez słońce chodnikiem. Doskonale wiedział, że nie ma mowy, żeby
po chwili do niego nie dołączyli. I nie mylił się. Anthony'emu
odpowiadało to jedno z jego wcieleń, pewne siebie i nierozgarnięte.
Ruszyli
przed siebie, choć co jakiś czas zapadało niezręczne milczenie.
Wtedy, kiedy oczekiwali na wypowiedź Star, ale się nie odzywała.
******
Głos
nauczyciela mieszał się z rozmowami rówieśników
Matta i bluzgami mężczyzn za oknem. Wbił wzrok
w tablicę i próbował zrozumieć cokolwiek z tego, co zostało
na niej nabazgrane, ale niestety, średnio interesowała go historia,
a tym bardziej pan Hopkins, który tłumaczył coś monotonnym
głosem.
Matt
często popadał w zamyślenie. Szczególnie w szkole. Nie było
w tym niczego dziwnego, zważywszy na to, że jego myśli pochłaniały
różne ciekawsze rzeczy – piosenka, nad którą od dłuższego czasu pracował, książka, którą ostatnio przeczytał i jej
okropne zakończenie, oraz wszystkie sprawy natury kontaktów
międzyludzkich.
Kiedy
rano zobaczył Jamesa rozmawiającego z Anthonym na schodach,
rzeczywiście poczuł się radosny i lekki jak piórko. Miał
siłę, żeby żartować i cieszyć się życiem, teraz jednak
resztki dobrego nastroju opuściły go z prędkością światła, a
wpływała na to nie tylko senna, szkolna atmosfera, ale też ciągłe
uczucie niedospania. Najchętniej wyciągnąłby się na ławce i
zasnął.
Z
tego stanu wyrwał go pan Hopkins we własnej osobie, przerywając
mentalną drzemkę Matta i doprowadzając go przy tym do szału.
-
Pullman, nie przysypiaj! Uwierz, że dla mnie to też nie jest
najbardziej interesujące zajęcie – zakrzyknął ostrzegawczym
tonem. Chłopak popatrzył na niego z jawną niechęcią, po czym
odparł obojętnie:
-
Nie dziwię się.
Uniósł
przy tym brwi, co dawało kompletnie bezczelny efekt. Pan Hopkins
lekko się skrzywił. Jezu, mogłem tego nie robić – Matt
nagle zapragnął z całej siły pacnąć się w czoło. Teraz ten
stary kretyn zacznie swój wielce fascynujący wykład o dobrym
wychowaniu.
Nie
było to pomyłką, spędził zbyt dużo czasu w towarzystwie tego
niekiedy niesprawiedliwego, prześmiewczego i postarzałego faceta,
żeby nie przewidywać jego reakcji.
-
Na za dużo sobie pozwalasz, Pullman. Wstań kiedy do ciebie mówię!
Przez
ułamek sekundy niechętnie patrzył w nabiegłe krwią oczy
mężczyzny, po czym podniósł się, wspierając na blacie
ławki i mruknął coś, co zabrzmiało podejrzanie jak jasne,
jasne. Ten lekceważący stosunek często utrudniał życie, ale
w gruncie rzeczy bez niego Matt nie byłby sobą. Tak, jak wiele
miesięcy po śmierci Star.
Zeszłej nocy coś się zmieniło, czuł to w
powietrzu, jednak nie potrafił zaakceptować myśli, że czas już
powrócić do wszystkiego, co było kiedyś. Przede wszystkim,
nie chciał opuszczać Jamesa w tym niekończącym się tunelu
cierpienia. Był mu coś winien za te wszystkie lata wsparcia.
Zdawało
się to być trudnym do rozwiązania dylematem. Po pierwsze – gdyby
rzeczywiście udało mu się przywrócić porządek w głowie
przyjaciela, a to graniczyło z cudem, zapewne Star odpłynęłaby w
zapomnienie. Fakt, życie przeszłością jest okropne, ale czy na
pewno należało zapominać o jej istnieniu? Z drugiej strony, to
byłoby idealne dla Jamesa rozwiązanie, bo przestałby się tak
zadręczać. Po trzecie – Matt sam nie wiedział, czy powinien
ingerować w tą sprawę.
Za dużo problemów jak na jedną
osobę...
-
Pullman, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - Zagrzmiał mu nad
uchem głos wściekłego pana Hopkinsa. Został brutalnie przywrócony
do rzeczywistości. Wzruszył ramionami i pozwolił głupkowatemu
uśmieszkowi wpełznąć na twarz. - Z czego się śmiejesz? Do
ostatniej ławki, zejdź mi z oczu! - Usłyszał. Hopkins wrócił
do tablicy i jak gdyby nigdy nic począł dalej wypisywać miliony
nic nieznaczących dat, a Matt popatrzył ukradkiem na siedzącego
obok Anthony'ego i przewrócił oczami, nadal się uśmiechając.
Dobiegł go stłumiony chichot Jamesa. Obrócił głowę,
zaskoczony. Boże, czy to możliwe, że James znowu się śmiał?
Przecież nie robił tego od dłuższego czasu, to znaczy przed ich ostatnim spotkaniem.
Wymaszerował
na koniec sali i szybko rozejrzał się po ostatnich ławkach.
Grający beztrosko na kosztującym majątek telefonie członek drużyny futbolowej.
Grzebiący sobie w uchu osiłek, którego koszulka wyglądała
na poplamioną czymś dziwnie przypominającym wymiociny. Dziewczyna
rysująca coś w zeszycie. Wyglądała o wiele bardziej zachęcająco,
więc opadł na krzesło obok. Wzdrygnęła się, jakby czymś ją
wystraszył, po czym zamknęła gwałtownie zeszyt i uciekła
wzrokiem.
Matta
zdziwiło takie zaniepokojenie jego osobą, nigdy wcześniej się z
nim nie spotkał. Fakt, zjawił się dość niespodziewanie, ale w
oczach dziewczyny malowała się nutka paniki, która nie mogła
być spowodowana czymś w równym stopniu oczywistym.
Przynajmniej takie miał wrażenie i póki co nie mógł
przekonać się, czy było trafne.
Z
reguły lubił obserwować ludzi. Nie, żeby był wścibski, po
prostu kiedy w pobliżu nie było Anthony'ego czy Jamesa, wolał
trzymać się z boku i tylko śledzić różne zachowania.
Dzięki temu potrafił wyczytać z wyrazu twarzy wszelkiego rodzaju
emocje, a ton mógł zdradzać jego rozmówców w
kwestii zdenerwowania, ale też prawdomówności. Przydatna
umiejętność.
Dopiero
po kilku minutach odważył się uważniej przyjrzeć swojej sąsiadce
z ławki. Nie widział jej wcześniej, więc musiała być nowa.
Słyszał co prawda jakieś krótkie informacje
rozpowszechniane na ten temat – ponoć została wyrzucona za
pobicie z poprzedniej szkoły.
To
niemożliwe, pomyślał. Była zbyt drobna, żeby porządnie
komuś przyłożyć, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Poza tym, nie
wyglądała na agresywną. Z
obezwładniającymi szarymi oczyma pod kurtyną długich rzęs,
kilkoma piegami na nosie i lśniącymi włosami nadawała się raczej
na modelkę. Zapewne nie w mniemaniu większości społeczeństwa,
skoro siedziała całkowicie sama. Dla Matta jednak była wcieleniem
ideału urody, a to sprawiło, że na kilka sekund znieruchomiał,
nie potrafiąc oderwać od niej wzroku.
Opamiętał
się w porę, wgapiając się w tablicę i przestając się
przyglądać.
Po
jakimś czasie nie wytrzymał i ponownie na nią spojrzał.
Zastanawiał się jakie tajemnice skrywała. A może nie miała
żadnych, tylko po prostu była aspołeczna? Nie, to niemożliwe.
Skąd, u licha, wyciągnął w ogóle wniosek, że izolowała
się od społeczeństwa? Nie wiedział absolutnie nic, opierał wnioski na czysto przypadkowych przeczuciach. Podpowiadał mu to instynkt,
który James złośliwie nazywał kobiecą intuicją. Jako,
że mieli dość podobne poczucie humoru, Matt zazwyczaj z dystansem
do siebie śmiał się, po czym odparowywał coś o identycznym
charakterze. Lubili sobie dogryzać, w ten sposób okazywali
sympatię.
Jedną
z najbardziej dokuczliwych wad Matta był brak zdolności do
trzymania gęby na kłódkę. Bez wcześniejszego zastanowienia
szepnął do dziewczyny:
-
Jesteś tu nowa?
W
jej szarych oczach malował się ogromny chłód. Zmierzyła go
wzrokiem, a ślady dawnego lęku i nieśmiałości zniknęły,
ustępując miejsca niechęci.
-
Czego chcesz? - warknęła. Zdziwiła go ta reakcja. Większość
przedstawicielek płci pięknej, z którymi miał do czynienia
na co dzień, cieszyła się kiedy ktoś okazywał im
zainteresowanie. Kochały być w centrum uwagi, podziwiane,
oblegane... Oczywiście nie wszystkie. Niektóre trzymały się
na uboczu, ale i tak miały znajomych. Po prostu nie czuły się
dobrze w towarzystwie nieznajomych lub bogatszych od siebie. Szare
myszki. Czy ona mogła być jedną z nich?
-
Niczego. Po prostu spytałem, czy jest w tym coś złego? - Uniósł
jedną brew i uśmiechnął się lekko, licząc, że to odwzajemni.
Nic podobnego. Skrzywiła się, po czym odwróciła wzrok i
odpowiedziała w ten sam oschły sposób, co wcześniej.
-
W takim razie po prostu nie pytaj – poradziła. Nie potrafił jej
rozgryźć, podczas gdy w wielu przypadkach udawało mu się to po
minucie. A teraz ze sposobu zachowania nie mógł wyczytać
absolutnie nic, tak, jakby stworzyła wokół siebie barierę
nie do zburzenia.
-
Okay – Wzruszył ramionami. Milczeli. Całkiem mu to pasowało,
choć chciałby zapytać o kilka rzeczy. Może miałabyś ochotę
na kawę? Mieszkasz w Coldgrove od niedawna? Czemu, do cholery, nigdy
wcześniej nie wiedziałem, że istniejesz?
O
wpół do trzeciej pan Hopkins zadał koszmarnie długą pracę
domową i poradził uczniom, żeby zaczęli pisać ją piętnaście
minut przed dzwonkiem.
-
Masz podręcznik? - odezwała się dziewczyna. Matt przytaknął,
przez moment przegrzebywał plecak w poszukiwaniu odpowiedniej
książki, trochę dziwiąc się na widok wielu zagubionych
długopisów i swojej ulubionej kostki gitarowej, której
ostatnio szukał przez jakieś dwie godziny. Podręcznik wylądował
na blacie.
-
Hopkins to straszny dupek – mruknął pod nosem.
Tym
razem uśmiechnęła się, a jego coś ukłuło w piersi. Star
uśmiechała się całkiem podobnie, tylko nie tak gorzko i bez
cienia ironii. Przypomniał sobie, że chyba nie powinien czuć się
tak wspaniale. Ale nie mógł nic na to poradzić i wyjątkowo
go to denerwowało.
-
Myślę, że jest wielu gorszych – stwierdziła rzeczowo.
Przyjrzała mu się w sposób powodujący, że przez moment
miał wrażenie, jakby właśnie rozkładała jego duszę na czynniki
pierwsze. Onieśmieliła go i zapomniał języka w gębie. Zapomniał
jak się mówi.
I
nie odezwał się ani słowem już do końca lekcji, dogłębnie
speszony i z niewiadomych powodów dotknięty do żywego. Mogła
kierować te słowa do niego? Skąd wiedziała, że w istocie
niekiedy zachowywał się jak dupek? Przecież się nie znali. A może
wręcz przeciwnie – może znali się aż za dobrze, choć jeszcze o
tym nie wiedzieli.
Czuł,
że mają ze sobą wiele wspólnego, przyszło to niemal
naturalnie. Zwyczajnie, nagle wpadła mu do głowy taka myśl.
Zapragnął podzielić się z nią wszystkimi lękami, choć nigdy
wcześniej się nie spotkali. Jeszcze dziwniejsze było to, że wcale
nie czuł się zakochany.
Gdyby
rzeczywiście się zakochał, chodziłby z głową w chmurach.
Tymczasem rzeczywistość była tak bolesna, że niemal wgniatała go
w ziemię. Potrzebował czegoś, co wniosłoby w jego życie radość większą, niż muzyka. Nie miał jednak w planach głowienia się, co miałoby to być.
*******
-
Musimy przestać żyć jej śmiercią.
To
zdanie przeszyło powietrze jak strzała wycelowana w samo serce
niewinnego człowieka. Na dźwięk niespodziewanych słów
James prawie zakrztusił się sokiem pomarańczowym. Za to, co
powiedział, miał ochotę zrobić coś, żeby Matt natychmiast
znalazł się w psychiatryku pod czujnym okiem doświadczonych w
ciężkich przypadkach lekarzy. Jak w ogóle mógł
wygadywać takie rzeczy?
-
Zwariowałeś?! Przecież... - zaczął, ale został brutalnie
uciszony przez Anthony'ego.
-
Jem, on ma rację – powiedział śmiertelnie poważnie.
Siedzieli
w piwnicy, która znajdowała się pod blokiem, w którym
mieszkał. Spotykali się w niej od zawsze, było to jedyne miejsce,
w którym Matt mógł do woli grać na gitarze po
dwudziestej nie zakłócając wieczornego oglądania telenoweli
sześćdziesięcioletnim sąsiadkom. Dla wszystkich piwnica była
czymś w rodzaju azylu. Po śmierci Star każdy przesiadywał tam
wyłącznie w samotności lub we dwie osoby, pogrążając się w
spowijającej ich niczym mgła ciszy. Ani razu nie zdarzyło się,
żeby powrócili w starym składzie.
-
Nie żyję jej śmiercią – zaprzeczył, potrząsając głową. Nie
mieściło mu się w głowie, że Matt właśnie zaproponował, żeby
zapomnieli. Jak mógłby zapomnieć o Star? Star, którą
tak świetnie znał? Star, którą kochał? Star, która
w dużej części ukształtowała kim był jako człowiek? Nie ma
mowy. Wręcz przeciwnie, chciał jak najdokładniej móc
odtwarzać w pamięci każdy szczegół. Jak prywatny film z
nieszczęśliwym zakończeniem.
-
Nie, wcale. W jakim świecie ty żyjesz? Niebo jest różowe,
prawda? A żarcie na szkolnej stołówce smakuje wyśmienicie!
Jeżeli nie żyjesz jej śmiercią, to jestem przygrubym kupidynem w
obcisłych gaciach! - Matt zaśmiał się sarkastycznie. Zgromiony
spojrzeniem przez Anthony'ego trochę spotulniał, ale dalej
wyglądał, jakby miał ochotę dodać jeszcze kilka rzeczy.
Ta
reakcja negatywnie go zaskoczyła. Myślał, że zna go lepiej, niż
własna matka, a jednak nie – nie rozumiał absolutnie nic. James
gwałtownie poczuł falę wściekłości w stosunku do przyjaciela.
Oczywiście, ten nadęty kurdupel nigdy nikogo nie kochał, tylko
samego siebie. Nie miał nawet rodziców, siostry, brata... i
dziewczyny. Nie miał o tym pojęcia. I nie wiedział jak to jest
stracić kogoś, kogo kochasz do utraty tchu. Cholerny egoista.
-
Chodzi o to, że za bardzo rozpamiętujesz wszystko, co się
wydarzyło – uspokajająco rzekł Anthony.
Czasami
zdziwienie jest jak upadek z dużej wysokości. Na moment organizm
odmawia współpracy i nie można zaczerpnąć oddechu. Dla
Jamesa był to co najmniej upadek ze szczytu Wieży Eiffla.
-
Nie – powiedział. Wydusił to słowo tak cicho, że nie spodziewał
się, że ktokolwiek go usłyszy.
-
Czyli jestem przygrubym kupidynem, tak? Trzeba jeszcze tylko
sprawdzić, czy nie skończyły mi się strzały miłości, przecież
zawsze noszę je przy dupie, żebyś nie zakosił – ironizował
Matt, nadal z doprowadzającym do szału jadem.
-
Możesz się zamknąć? - zapytał go uprzejmie Anthony. Chyba
zapominasz, jaki jest czasem dziecinny, pomyślał James. Miał
ochotę westchnąć teatralnie, wykrzyknąć, że ma to wszystko w
dupie, a później iść na pomost, którego jak na
nieszczęście nie było w Coldgrove, a następnie skoczyć prosto do
lodowatej wody.
-
Dlaczego? Mam dosyć tego użalania się nad sobą, bo sam też chcę
się go pozbyć – W głosie Matta zabrzmiała lekka histeria.
Psychiatryk to naprawdę świetny pomysł.
-
Tym razem nie chodzi o ciebie, Mattie – Emanowało to niemalże
nienaturalnym opanowaniem, jakby Anthony nie zarzucał mu nic, tylko
tłumaczył pracę domową albo objaśniał nowy plan zajęć. - Tak
się składa, że nie zawsze musisz być w świetle reflektorów,
więc czy mógłbyś tak z łaski swojej przymknąć tą
pyszałkowatą gębę i pozwolić mi powiedzieć coś sensownego, w
czym nie będzie kupidynów i strzał miłości?
-
TŁUSTYCH kupidynów – przypomniał obiekt powszechnej
irytacji. Po przeanalizowaniu poprzedniej wypowiedzi zmrużył oczy,
poważniejąc, po czym wycedził : - I nie nazywaj mnie tak.
-
Po prostu bądź cicho, okay?
Wymienili
między sobą znaczące, porozumiewawcze spojrzenia, po których
cała chęć zaprezentowania światu swojego niezadowolenia na dobre
uleciała z głowy Matta. James w myślach stwierdził, że ma tego
dosyć. Chciał się podnieść, ale nogi miał jak przyrośnięte do
podłogi.
-
Jasne.
-
Jem, musisz znowu normalnie funkcjonować – zwrócił się w
jego stronę Anthony.
-
Nie – Padła tak samo cicha odpowiedź.
-
Rozumiem, że to było trudne. Uwierz, na pewno nie czuliśmy się
lepiej od ciebie. Ale to, że Star nie...
-
Nie wypowiadaj nawet tego słowa! - James nie chciał znowu tego
słyszeć. Już zbyt wiele razy bolał go sam dźwięk słów
nie żyje, a w połączeniu z imieniem Star było jeszcze
gorzej.
-
Dobrze. To, że jej już z nami nie ma, nie oznacza, że ty też
musisz znikać – Anthony jak zawsze podszedł do rzeczy delikatnie,
tak, żeby nikogo przy tym nie zranić. Rozmawianie o tej sprawie
było jak omijanie laserów odległych od siebie o centymetr i
w wyjątkowo zróżnicowanym rozmieszczeniu.
-
Nie – powtórzył James.
-
Zobaczysz, niedługo znajdziesz jakąś dziewczynę, która
będzie w równym stopniu...
-
Nie – odparł znów, jak echo. Wpatrzył się nieprzytomnie w
ścianę, jakby właśnie umarł i pozostało tylko samo ciało,
zastygłe w jednej pozycji.
-
Okay, znajdziesz dziewczynę, dzięki której wszystko znowu
zacznie mieć sens – westchnął Anthony. Zabrzmiało to trochę
kiepsko, więc jako realista dodał: - Ale póki co masz tylko
nas. Dlaczego nie może być tak, jak dawniej? Pamiętasz kiedy
założyliśmy zespół? Przykleiliśmy panią Trout do
krzesła? Planowaliśmy wypuszczenie tysiąca białych myszy na sali
gimnastycznej?
-
Dlaczego nie może być tak, jak dawniej? - Ton Jamesa wskazywał na
początki istnego szaleństwa. Ze sporą krztą niedowierzania i
zawodu. - Czy ty sam siebie słyszysz? Star NIE ŻYJE. Jest martwa.
Sama, zimna w tej pieprzonej trumnie, a mnie nie ma przy niej.
Nienawidziła samotności, zapomniałeś? Tak, jak dawniej? Nic nie
może być takie, jak dawniej bez niej. Była jedyną osobą na
świecie, z którą chciałem wysadzić szkołę w powietrze.
Tak, jak dawniej?
-
Nie próbuj wmówić mi, że nigdy się nie
przyjaźniliśmy – Krótkie przypomnienie sprawiło, że
jeszcze bardziej miał ochotę kłamać. Wziął głęboki oddech.
Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Liczenie zawsze pomagało.
Odetchnął i, zrezygnowany, przyznał:
-
Przyjaźniliśmy. I teoretycznie przyjaźnimy się dalej.
-
Teoretycznie. A co z praktyką? Nie możesz tak dłużej
rozpamiętywać jej śmierci, to chora obsesja! - wtrącił się
Matt.
-
W takim razie zafunduj mi wizytę u lekarza od czubków. Proszę
bardzo.
-
Jem, Star chciałaby, żebyś umiał bez niej żyć.
-
Nieprawda! Skąd możesz to wiedzieć? To ja ją najlepiej znałem.
-
Chciałaby, bo cię kochała.
Zapadła
kilkuminutowa cisza. Mieli rację, ale było to straszne, bezduszne.
Żądanie czegoś takiego powinno być karane. Nie, nie żądanie.
Chcą tego tylko dla mojego dobra, to przecież... - pomyślał
James, ale natychmiast odgonił to od siebie.
-
I dlatego nie powinienem o niej zapominać – wywnioskował,
przenosząc wzrok na własne dłonie. Patrzenie na Matta mogłoby
doprowadzić do zabójstwa za pomocą uduszenia, a na
Anthony'ego- zbyt szybkim zrozumieniem, że wszystko było prawdą i
powinien w to wierzyć bez względu na swoje przekonania.
-
Nie chodzi o zapominanie. Chodzi o potraktowanie tej śmierci jako
coś naturalnego.
-
Naturalnego? W wieku szesnastu lat?
Kolejna
przerwa. Milczenie spowodowane skrywanym przez tyle czasu bólem.
Bólem prawdy, która okazała się być straszną suką.
Najpierw zwodziła ich, insynuując, że może nie będzie tak źle.
Teraz zatrzymała się na moment i z całej siły im przyłożyła,
żartując i chichocząc.
-
Nie. Naturalnego z powodu tego, o czym nie powiedziała nawet tobie.
-
Założyłeś podsłuch w mojej sypialni?
-
Nie powiedziała ci o tym. Nikomu nie powiedziała. I dlatego też
wiem, że cię kochała, nie chciała, żebyś się martwił.
-
Nie – James powrócił do dawnego sposobu unikania zbędnych
odpowiedzi. Choć głos mu się łamał, nadal dokładnie ukrywał
fakt, że już zdążył wszystko zrozumieć i zauważyć, że
rzeczywiście powinien spróbować być tym dawnym Jamesem,
którego znali wszyscy jego znajomi.
-
Pogódź się z tym, że rozpaczając nie przywrócisz
jej życia – zakończył Anthony.
Matt
machinalnie zmierzwił sobie włosy.
Jem
wstał, odnalazł kurtkę rzuconą na oparcie jednego z krzeseł, po
czym wyszedł bez zbędnego słowa pożegnania. Wypadł na ulicę, po
czym puścił się biegiem przed siebie. Nie wiedział dokąd, po
prostu biegł. Dopiero kiedy obejrzał się za siebie i zauważył,
że jest w bezpiecznej odległości, zwolnił, dając wykończonym
płucom chwilę wytchnienia. Wetknął dłonie w kieszenie. Ruszył
przed siebie, zostawiając ślady na brudnym śniegu.
Tak
bardzo samotny nie czuł się jeszcze nigdy. Nawet bezpośrednio po
pogrzebie. Zdawanie sobie sprawy z własnych słabości jest
straszne, szczególnie, kiedy wcześniej jesteś przekonany o
swojej nieomylności.
Z góry przepraszam za błędy, mam nadzieję, że komukolwiek się to spodoba.
Daydreamer ♣
Nie wiem czemu, ale Matt zawsze kojarzył mi się z muzykiem. Chyba w 50% opowiadań, gdzie to imię występuje, Matt to gitarzysta. Chyba nie tylko mi to się kojarzy...
OdpowiedzUsuń>Tak, jak wiele miesięcy po śmierci Star. > bez przecinka po 'tak'.
Oks, przeczytałam
Nie lubię Jema, no nie trawię gościa. Czemu musi być taki uparty? To on powiedział, że Matt jest dziecinny, a sam lepiej się nie zachowywał.
Ta nowa, to ta dziewczyna z prologu? Jeżeli tak, to niezłe połączenie: Matt i ona. Strasznie podobni.
Anthony kojarzy mi się z takim gościem, co nigdy się nie uśmiecha, zawsze jest cholernie poważny i musi przemyśleć wszystko co zrobi i powie.
Ech, dobrze, z braku czasu mogę tylko tyle napisać.
Czekam na trójeczkę! Jestem strasznie ciekawa! :)
I.
U mnie zawsze musi być ktoś, kto na czymś gra. Bez tego jest tak nudno. Sama mam obsesję na punkcie muzyki, więc w sumie to przychodzi jakoś tak naturalnie. A że Matt jest jednym z moich ulubionych bohaterów, to jego postanowiłam obdarzyć talentem.
UsuńMyślę, że Jema można albo bardzo lubić albo wręcz przeciwnie. To poprzednie wcielenie pewnie bardziej przypadłoby wszystkim do gustu, ale myślę, że tak będzie więcej zaskoczenia kiedy się trochę zmieni.
Tak i owszem, to właśnie Alex. Nie mogę zdradzić więcej, więc powiem, że już w następnym rozdziale nastąpi niejakie rozwinięcie ich znajomości.
Anthony to takie przeciwieństwo Matta. I w gruncie rzeczy to postać, w której praktycznie nie widzę swoich cech charakteru.
Trzeci rozdział będzie najprawdopodobniej około dwudziestego siódmego dopiero, bo wyjeżdżam. Albo, jeżeli będzie mi się chciało dziś siedzieć do trzeciej, może jutro rano. Się zobaczy.
Pozdrawiam,
Daydreamer ♣