W
nocy rozpętała się ogromna burza. Błyskawice przeszywały niebo
co kilka sekund. Matt nigdy się do tego nie przyznawał, ale była
to jego praktycznie jedyna fobia. Kiedy słyszał grzmienie, stawał
się zestresowany i spięty. Nie miał pojęcia dlaczego. Często
przeczuwał, że lęk mógł mieć coś wspólnego z
wypadkiem, w którym zginęli jego rodzice. Oczywiście nigdy
nie poznał szczegółów, ta śmierć pozostawała
wielkim, wyraźnie nakreślonym znakiem zapytania.
Usiadł
na parapecie, starając się opanować drżenie rąk.
To
było najlepsze rozwiązanie – odzyskać spokój ducha. Co
kilka sekund podrygiwał, huk piorunów skutecznie wybudzał go
z zamyślenia. Kto jednak by się tym przejmował? Jako sporadyczny
optymista uznawał za ważniejsze to, że nie ukrył się w
bezpiecznym zakątku własnego łóżka. Stawił czoła temu,
co od niepamiętnych czasów go niepokoiło. To był w pewnym
sensie postęp.
Słuchał
muzyki. Jedyne, co naprawdę potrafiło choć na kilka minut poprawić
swoje mniemanie o otaczającym świecie. Kiedy dźwięki
rozbrzmiewały, cichły krzyki stłamszonych, cierpiących lub
głodujących ludzi. Brutalne realia XXI wieku znikały, był tylko
majaczący w jego umyśle głos, który uporczywie podpowiadał:
Wcale nie jest tak, jak ci się wydaje.
Starał
się nie myśleć, ale było to chwilowo niewykonalne.
Uważał,
że egzystencja bez obowiązku używania szarych komórek,
byłaby czymś wspaniałym. Ale gdyby snuł się po ulicach niczym
zombie lub bezmyślny jamochłon, nie mógłby grać na
gitarze, a to w istocie napędzało cały jego organizm do
współpracy. Bez gitary nie byłoby dla niego miejsca na
świecie, więc musiał użerać się z nieposłusznym mózgiem.
Wegetował
tak pomiędzy początkiem burzy a świtem. Mimo faktu, że miał
dopiero nieskończone jeszcze siedemnaście lat, czuł się jak
pięćdziesięciolatek, który przebalował majątek,
przepijając jeden milion, a drugi wykorzystując na zabawianie się
z prostytutkami.
Nie
jest wykluczone, że można fizycznie być dzieciakiem, a mentalnie
dorosłym, zdesperowanym człowiekiem. To wyjątkowo męczące i
ogromnie przygnębiające. Ale dla Matta nie robiło to żadnej
różnicy, ogółem od kilku ostatnich miesięcy czuł
się, jakby rozjechał go autobus. Miał ku temu mnóstwo
powodów.
Podciągnął
rękaw granatowej bluzy, spoglądając na zegarek. Trzecia
trzydzieści, a deszcz dalej nie przestawał wściekle bębnić o
blaszany dach. Burzowy krajobraz zdawał się wręcz emanować grozą.
Muzyka
pozwoliła mu na moment zapomnieć o przyjaciołach. To stwierdzenie
było słodko – gorzkie. Z jednej strony cieszył się, że
odpoczął od zmartwień, a z drugiej poczucie winy zapłonęło w
jego żołądku okropną zgagą.
Trochę
tęsknił za czasami, w których dla wszystkich był
bezimiennym samotnikiem. Miało to sporo zalet. Z tym, że nie żył.
Na tym polega różnica między istnieniem w odosobnieniu, a
posiadaniem przyjaciół. Kiedy ma się odpowiednie
towarzystwo, życie nabiera wielu kolorów i smaków.
Jest jak sałatka owocowa, podczas gdy samotność można porównać
jedynie do szarej papki podawanej w szkolnej stołówce.
Gdy
miał dziesięć lat poznał swojego rówieśnika, Jamesa.
Oczywiście nie zaprzyjaźnili się od samego początku, to, co
łączyło ich podczas pierwszych kilku dni było bardzo bliskie
jawnej nienawiści. Teza, że muzyka łagodzi obyczaje i zbliża do
siebie ludzi, jest bardzo prawdziwa i sprawdziła się także w tym
przypadku.
Często
trafiali do szkolnej kozy, będąc jednymi z typowych łobuziaków
grających na nerwach niekompetentnym nauczycielom. Niekiedy James
wahał się, czy na pewno powinni wymyślać kolejne wyjątkowo
pomysłowe dowcipy, a wtedy Matt zwykł pocieszać go w pewien bardzo
charakterystyczny dla siebie sposób.
-
Hej, Jem, czy zapomniałeś już po co są zasady? Żeby je łamać!
- mawiał, entuzjastycznie się uśmiechając.
Teraz
wcale nie twierdził, że zasady istnieją po to, żeby je łamać.
Był co prawda przeciwnikiem kompletnego wtapiania się w szarą
masę, ale zrozumiał, że bez reguł nic nie miałoby sensu. To była
pierwsza z dojrzałych decyzji, jakie podjął. Nie zrezygnowali
oczywiście z uprzykrzania się pedagogom, ale nieco złagodnieli w
swoich haniebnych poczynaniach.
Na
wspomnienie wybryków z wcześniejszych lat życia wyraz jego
twarzy zmienił się z melancholijnego na żałośnie przygnębiony.
Brakowało mu Jamesa, ich wspólnych rozmów i
szaleńczych śmiechów. Nie przyznawał się do tego, ale już
wielokrotnie chciał wziąć wreszcie telefon i zapytać dlaczego nie
rozmawiali od kilku miesięcy.
Pozytywną
stroną tego wszystkiego, dzięki Bogu, pozostawał Anthony. Starszy
o rok i często uważany za starszego brata Matta. Nie byli do siebie
zbyt podobni, po prostu to pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa się
przeciętnemu człowiekowi gdy widzi uśmiechniętych od ucha do ucha
chłopaków rozprawiających między sobą na jakiś średnio
wyszukany temat, z czego jeden jest niski i dość chudy, a drugi
wysoki i umięśniony. Anthony'ego poznał kwestią przypadku,
któregoś dnia zauważył czerwony samochód na
podjeździe domu obok, a następnego poranka szli już razem do
szkoły, ponieważ zostali sąsiadami.
Podczas
gdy James zamknął się we własnym świecie, Anthony wolał
rozmawiać z Mattem o wszystkim, co tak diametralnie obróciło
w proch wszystkie beztroskie dni. O wydarzeniach, które miały
miejsce kilka miesięcy wcześniej i utkwiły w pamięci każdego z
nich, mącąc myśli i zmieniając umysły w kupkę popiołu.
Matt
doskonale pamiętał dzień, w którym spotkał Star Parker.
Tak naprawdę miała na imię Maia, ale zdecydowanie bardziej
pasowało do niej to, którym na wieki ochrzcił ją James.
Siedzieli razem w stołówce, zacięcie pałaszując składający
się z ohydnych kanapek i podejrzanie wyglądającej surówki
lunch. Star zwyczajnie przysiadła się do ich stolika. Wbiła
przeszywające spojrzenie w Jamesa i bez cienia nieśmiałości
zapytała, czy mógłby nauczyć ją grać na perkusji.
Gdyby
się nie zgodził, Matt do woli miałby prawo nazywać go dupkiem,
jak czynił to w celu wyrażenia sympatii. Z tym, że trudno było mu
odmówić, bo Maia była niesamowicie piękna, to przyznawał
bezwzględnie każdy. Zaokrąglona w odpowiednich miejscach, szczupła
i wysoka. Z burzą czarnych loków, szarymi oczyma i
hipnotyzującym uśmiechem, przyciągała facetów niczym
magnes.
Nigdy
nie odpowiadała na te zaloty, bo życie uczuciowe było jej
obojętne. Znalazła przyjaciół – Jamesa, Anthony'ego i
Matta. Rozmawiali o muzyce, wszystko było w idealnym porządku i
tak, jak powinno być. Do dnia, w którym James beznadziejnie
się w niej zakochał i w ten sposób wszystko pogrzebał.
Ponieważ miłość bywa niebezpieczna, a Star odwzajemniała to
uczucie. Zdążyła powiedzieć, że go kocha tylko jeden, jedyny
raz.
Dwa
tygodnie później umarła.
Nigdy
nie wybaczyli jej, że nie powiedziała, że miała problemy z
sercem. Gdyby tylko zauważyli, gdyby tylko wiedzieli... zapewne nie
odezwaliby się ani słowem, bojąc się bólu straty. I
zwyczajnie odeszła, we śnie, wtulona w poduszkę. Matt uważał
skrycie, że śniła o Jamesie. Wolałaby zdecydowanie tracić życie
obok niego, nie obok poduszki. I ten fakt napawał go goryczą,
zwątpieniem w dobro, oraz poczuciem ogromnej niesprawiedliwości.
-
Ludzie nie powinni umierać w tak młodym wieku – wybąkał przez
mikrofon podczas jej pogrzebu, kiedy rodzice Star poprosili go o
krótką przemowę. Wolał śpiewać, nie mówić.
Mówienie było zbędne, to poprzez śpiewanie wyrażał
targające nim emocje. Słysząc poirytowane szepty, dodał jeszcze
jedno, krótkie i bardzo trafne zdanie. - To niesprawiedliwe.
To
niesprawiedliwe. Tylko na tyle było go stać. Odszedł, wycofując
się gdzieś w kąt i ukradkiem uronił kilka łez w kołnierz
płaszcza. Z natury był osobnikiem nieśmiałym, wolał tłumić
wszystko w płucach, tamować krwotoki toczące się ze świeżych
ran. Wstydził się płakać, bo wydawało mu się to czynnością na
tyle intymną, że nie powinno wykonywać się jej w obecności
ludzi. James natomiast nie krępował się absolutnie. Szlochał jak
małe dziecko, dzięki czemu już na zawsze pozostał Piotrusiem
Panem. Anthony ze zbolałą miną objął go ramieniem i wgapił się
w trumnę, która właśnie spędzała ostatnie sekundy ponad
powierzchnią gleby.
Od
tamtej wiosny jej martwe, nieruchome ciało spoczywało pogrzebane.
Ubrane w toporną czarną suknię i ze związanymi włosami, na
życzenie rodziców. Jej przyjaciele wiedzieli, że wolałaby
zdecydowanie pomarańczową, luźną spódnicę do kompletu z
kolejną kwiecistą bluzką z second handu. A na głowie chciałaby
mieć wianek ze stokrotek. Ale nie, zakopali ją jako sztywniacką
Maię, którą nigdy nie była.
Na
samo wspomnienie tamtego makabrycznego widoku żołądek Matta zwinął
się w supeł, po czym rozpaczliwie zaczął domagać uwolnienia się
od swojej zawartości. Chłopak przełknął ślinę, czując nikłą
warstwę potu na karku. Naprawdę kochał Star jak siostrę, tak
samo, jak kochał Jamesa, jak brata.
A
teraz zamartwiał się jak głupi o jego stan psychiczny. W dniu
śmierci Star zgasła najjaśniejsza gwiazda Jamesa, ale Matt i
Anthony gorączkowo starali się oddalić go od pomysłu samobójstwa.
Skutecznie. Czasem nie wiedzieli, czy postąpili zgodnie z zasadami
moralnymi. Zbyt dużo cierpienia jak na jednego, kompletnie
zwyczajnego siedemnastolatka.
Matt
nie chciał stracić kolejnego przyjaciela. Tyle razy rozmawiał na
ten temat z Anthonym, ale zawsze dochodzili zgodnie do wniosku, że
nie powinni więcej się mieszać, bo może to tylko pogorszyć
sytuację. Z każdym dniem coraz bardziej w to wątpili, bo coraz
bardziej się od siebie oddalali.
Zerknął
na zegarek. Czwarta czterdzieści dwie. Samotność przytłaczała go
jak ogromny głaz na barkach. Pewnie dlatego, że bardzo potrzebował
towarzystwa, chcąc z kimś porozmawiać. Z kimś, to znaczy z
Jamesem. Tak dobrze byłoby znów usłyszeć głos człowieka,
którego uważał za mentalnego bliźniaka.
Usłyszał
dzwonek telefonu. Ziewnął i leniwie poderwał się z miejsca,
zeskakując jak kot na podłogę. Jego bose stopy bezszelestnie
poruszały się po miękkim dywanie. Numer zastrzeżony. Zirytowany,
pomyślał,że to znowu ci nachalni sprzedawcy, którzy próbują
wcisnąć na siłę któryś ze swoich zmieniających życie
produktów.
-
Słucham? - mruknął zaspanym tonem. Podczas gdy rozmówca
nieco zwlekał z odpowiedzią, popatrzył na własne odbicie w
lustrze. Korciło go, żeby wypowiedzieć cicho jakieś oszczerstwo
pod swoim adresem, ale nie mógł tego zrobić, pozostając w
kontakcie z jakimś zastanawiającym się człowiekiem. To wahanie
doprowadzało go do szału, więc jeszcze raz powtórzył
pytanie, tym razem trochę bardziej stanowczo.
-
Hej, Mattie.
Głos
Jamesa był ogromnym zaskoczeniem. Takim, że zachwiał się i musiał
uchwycić stołu, żeby nie wyrżnąć na podłogę i nie uderzyć w
nią głową.
-
To... to ty? - zapytał. Zamiast zwyczajowo przypomnieć, że nie
życzy sobie używania tego okropnego zdrobnienia.
-
Nie, wiesz co, Marylin Monroe – sarkastycznie zażartował James.
-
Z nią na pewno pogadałbym szybciej, niż z tobą – odgryzł się.
Oskarżycielski ton nie wskazywał na pozytywne nastawienie. Nagle
poczuł rosnącą wściekłość. Po kilku tygodniach milczenia ten
zdradziecki sukinsyn ośmielił się dzwonić do niego, jakby nic się
nie stało?
-
Przepraszam. - To słowo zabrzmiało jak wołanie o pomoc w próżni.
Błagalnie. Tak, że wściekłość Matta przerodziła się w
zmieszanie i zażenowanie. - Mogę do ciebie wpaść? - padło
niebezpieczne pytanie.
-
Jest czwarta – przypomniał gorzko.
-
Wiem, ale... - wychrypiał James, chcąc się wytłumaczyć, ale Matt
natychmiast przerwał:
-
Zapomniałeś, że jest burza? Nie, nie śpię.
-
Tak...
-
No to wpadaj – westchnięciem zakończył tą idiotyczną rozmowę.
I
po raz pierwszy od dłuższego czasu na jego twarzy zakwitł uśmiech,
który byłby w stanie zaświecić żarówki w całym
Coldgrove. Krążą różne mity na temat przyjaźni, a w
rzeczywistości jest tylko jeden, wręcz banalny i oczywisty fakt:
jest zależna od zdarzeń losowych. Takim losowym zdarzeniem
rozpoczęła się ich znajomość. A teraz musieli pozbierać się do
kupy, wykonać resuscytację, która mogła uratować ich od
stoczenia się w przepaść.
*******
James
zaklął cicho kiedy kwestią przypadku wdepnął w kałużę.
Wzdrygnął się na widok przesiąkniętych deszczówką butów,
po czym odgarnął z czoła jasną grzywkę. Wspomnienie, że Star
bardzo lubiła jego włosy, choć czasem nabijała się z ich
odcieniu, perfidnie nazywając go tępą blondynką, spowodowało
bolesne ukłucie w piersi. Poczuł się, jakby wielka piła
mechaniczna boleśnie masakrowała jego wnętrzności.
Odetchnął
chłodnym, listopadowym powietrzem. W szarych oczach chłopaka
pojawiła się znajoma gorycz. Od domu Matta dzieliło go piętnaście
minut piechotą, aczkolwiek wydało mu się to olbrzymią
odległością. Z każdym krokiem było coraz gorzej. I z każdym
krokiem powtarzał w myślach to samo imię. Imię, z którym
budził się na ustach, i które jego umysł wykrzykiwał przed
zaśnięciem.
Star.
Star.
Star.
Odeszłaś.
Dlaczego, do cholery, zostawiłaś mnie samego na tym dziwnym
świecie? Zapomniałaś, że zawsze to ja byłem tym idiotą, którego
musiałaś prowadzić za rękę, by nie zabłądził?
Star.
Wszystkie
bloki w Coldgrove wyglądały prawie tak samo, ten jedyny jednak z
łatwością rozpoznawał. Skręcił w ulicę po prawej i przeciął
skrzyżowanie. Klatka schodowa pachniała mieszaniną kocich sików
z potem. Od strony piwnicy zalatywała trochę stęchlizną. Na
ścianach widniały graffiti wykonane przez miejscowych dresiarzy.
Zmarszczył nos, krzywiąc się. Ostatnio był tu jakiś czas
wcześniej, tylko po to, żeby oddać Mattowi książkę. Rozmowa
wyglądała mniej więcej tak:
-
Cześć.
-
Cześć.
-
Przyniosłem ci książkę.
-
I jak?
-
Całkiem spoko. Cześć, muszę lecieć.
-
Cześć.
A
teraz mieli gadać tak, jak dawniej. Mieszkanie numer piętnaście.
Dzwonek.
Trudno
było mu wyciągnąć rękę i musnąć palcem biały, okrągły
przycisk. A jednak, ośmielił się i po krótkim namyśle
zrobił to. Kiedy Matt otworzył drzwi, wyglądał na nieco
zdezorientowanego.
Uwagę
Jamesa przyciągnął fakt, że jego przyjaciel nie przypominał
zupełnie siebie. Z zapadniętymi policzkami, podkrążonymi oczyma i
w obwisłych ubraniach, które sprawiały, że wydawał się
być jeszcze szczuplejszy, niż był w rzeczywistości. Jedyne, co
się nie zmieniło, to łagodnym, wręcz dziecięcy wyraz twarzy
kontrastujący z cieniem melancholijnego uśmieszku. I włosy
rozczochrane na wszystkie strony.
-
Cześć, Jem – powiedział cicho.
-
Hej – wydusił z siebie James. Na nic więcej się nie zdobył, bo
zrozumiał, jaki ogromny błąd popełnił. Mógł przewidzieć,
że Matt mógł odebrać jego chwilowe załamanie jako coś w
rodzaju wymierzenia policzka.
Przeszli
przez próg. Zapadło niezręczne milczenie, bo nie mieli
pojęcia, co należało powiedzieć. Usiedli przy biurku w pokoju
Matta, jak zawsze zabałaganionym i ze ścianami obwieszonymi
plakatami jego ulubionych zespołów rockowych. Z sąsiedniej
sypialni dobiegło głośne chrapanie. Na ten dźwięk James
bezwiednie uśmiechnął się.
-
Jak się miewa Hunter? - zapytał od niechcenia. Całkiem lubił tego
podstarzałego hippisa, który był kimś w rodzaju stryja
Matta. To znaczy, przetrzymywał go pod swoim dachem z winy
rodzinnych zobowiązań.
-
Dobrze – padła szybka, lakoniczna odpowiedź.
-
A ty? - zagadnął James, trochę obawiając się reakcji.
-
Nie wiem – Matt westchnął ciężko. Znali się zbyt dobrze, żeby
musieć próbować czytać sobie w myślach. Przychodziło to
naturalnie, bezproblemowo. I czuli się praktycznie idealnie.
-
Ja beznadziejnie – przyznał blondyn. Wybrał idealne określenie.
Beznadzieja. Wszechogarniająca beznadzieja i bezsilność.
-
Chodzi o...
-
Tak – wykrztusił z trudem.
-
Dasz radę, stary – Uśmiech. Jeden, krótki uśmiech na
doskonale znanej twarzy dodał skrzydeł zrozpaczonemu Jamesowi. Bił
od niego taki spokój, wręcz zaraźliwy. Krzepiący tak, jak
ciepłe ognisko pośród zlodowaciałych gór i hulającej
wichury. Zapragnął zwierzyć się jak za dawnych czasów. I
rzeczywiście to zrobił, choć kosztowało go nieopanowane drżenie
warg.
-
Ciągle mi się śni. Taka chłodna, jak wtedy, kiedy... - urwał w
pół zdania. Wziął jednak głęboki oddech i kontynuował
wbrew wewnętrznemu, zdradliwemu szeptowi. - Pamiętasz, jaka wesoła
była tego ostatniego dnia? Przyszła do mnie i jedliśmy pizzę,
oglądając jakiś głupi film akcji. Naśmiewaliśmy się z min
srającego kota, które strzelał aktor grający główną
rolę. Pocałowałem ją na pożegnanie. Jak myślisz, czy wiedziała,
że ją kochałem? Cholera jasna, czuję się, jakbym ją zabił.
Na
chwilę ukrył twarz w dłoniach. Oddychał z pewną trudnością, a
serce Matta zapragnęło wyrwać się z piersi.
-
To nie twoja wina, przecież wiesz – powiedział tym samym ledwo
słyszalnym głosem. W pustej, bezkresnej ciszy był jednak ogromnym
wrzaskiem.
-
Wiem.
-
Stary?
-
Tak?
-
Dobrze było cię znowu zobaczyć.
Ich
zbolałe uśmiechy zalśniły w ciemnościach niczym dwa świetliki.
>Matt nigdy się do tego nie przyznawał, ale była to jego praktycznie jedyna fobia. > W ciągu dwóch dni natrafiłam na trzy opowiadania, gdzie bohaterowie mają na imię Matt. Albo komuś tu się nie chce pomyśleć nad jakimś sensownym imieniem, albo to ja mam pecha.
OdpowiedzUsuń>Kiedy słyszał grzmienie, stawał się zestresowany i spięty. Nie miał pojęcia dlaczego. > No przecież fobie ma, to jak nie ma pojęcia, czemu tak się dzieje?
>Oczywiście nigdy nie poznał szczegółów, ta śmierć pozostawała wielkim, wyraźnie nakreślonym znakiem zapytania. > Hm... Czyli przeczuwał, że śmierć rodziców miała coś wspólnego z burzą?
> Usiadł na parapecie, starając się opanować drżenie rąk. > Jedna uwaga: starając opanować drżenie rąk, bez tego 'się', bo jest zbędne. A co do tego zdania. Parapet to tak jakby część okna, jak ktoś, kto ma lęk przed burzą, usiądzie na tym, skoro widać za szybą rozszalałą burze? No ale może on jest taki, co chce pokonać fobie. Trzymam kciuki!
> Ale gdyby snuł się po ulicach niczym zombie lub bezmyślny jamochłon, nie mógłby grać na gitarze, a to w istocie napędzało cały jego organizm do współpracy. > Jamochłon? Cococo.
>Bez gitary nie byłoby dla niego miejsca na świecie, więc musiał użerać się z nieposłusznym mózgiem. > To zdanie jest do kitu. Ogólnie wydaje mi się, że pisałaś to wszystko na przymus. Nie przemyślałaś tego do końca.
> Mimo faktu, że miał dopiero nieskończone jeszcze siedemnaście lat [...] > A mi się wydawało, że przynajmniej jedenastolatek. No ale jaki jedenastolatek gra na gitarze...
> [...] przepijając jeden milion, a drugi wykorzystując na zabawienie są z prostytutkami. > Skoro Matt, to jakiś inny kraj niż Polska, np. USA, więc np. milion dolarów czy funtów na prostytutki? Trochę za duża ta liczba...
> To stwierdzenie było słodko – gorzkie. > słodko-gorzkie, dywiz, nie myślnik.
> a z drugiej poczucie winy zapłonęło w jego żołądku okropną zgagą. > hehehe.
> Miało to sporo zalet. Z tym, że nie żył. > Jedna aspołeczna dziewczyna w prologu, a tutaj jakiś cichy samobójca. Chyba nie lubisz kreować pozytywnych postaci.
> [...] podczas gdy samotność można porównać jedynie do szarej papki podawanej w szkolnej stołówce. > Nie jest tak źle! Zaraz tam szara. Tak serio, to podają tam naprawde świetne żarcie, zaczynając od owoców (dostajesz za darmo) po fast foody, ale to w USA. ^^ Nie wiem, gdzie odbywa się akcja, szkoda.
>Często trafiali do szkolnej kozy > oks, to chyba chodzi Ci o USA.
>Często trafiali do szkolnej kozy > oks, to chyba chodzi Ci o USA.
Usuń>po prostu to pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa się przeciętnemu człowiekowi gdy widzi uśmiechniętych od ucha do ucha chłopaków rozprawiających między sobą na jakiś średnio wyszukany temat [...] > no nie jestem zbyt pewna co do Twoich przekonań. :)
> Star zwyczajnie przysiadła się do ich stolika. Wbiła przeszywające spojrzenie w Jamesa i bez cienia nieśmiałości zapytała, czy mógłby nauczyć ją grać na perkusji. > nie wiem czemu, ale widzę w tym trochę Beatlesów. XD
>Gdyby się nie zgodził, Matt do woli miałby prawo nazywać go dupkiem, > do woli miałby prawo? Dziwne, bardzo dziwne.
>Dwa tygodnie później umarła. > Khee.... coooo?
>Nigdy nie wybaczyli jej, że nie powiedziała, że miała problemy z sercem. Gdyby tylko zauważyli, > co mieliby zauważyć? :D
>Zerknął na zegarek. Czwarta czterdzieści dwie. > Długo o tym myślał.
>Zirytowany, pomyślał,że to znowu ci nachalni sprzedawcy, > Zirytowany, pomyślał, że, to, znowu, ci, nachalni, sprzedawcy. Ale tak serio, to: zirytowany pomyślał, że to znowu [...]
>- Hej, Mattie.
Głos Jamesa był ogromnym zaskoczeniem. > No to teraz może go zapytać, czemu nie rozmawiali od miesięcy! Lepszej okazji nie znajdzie.
>Po kilku tygodniach milczenia ten zdradziecki sukinsyn ośmielił się dzwonić do niego, > A nie po kilku miesiącach?
>I po raz pierwszy od dłuższego czasu na jego twarzy zakwitł uśmiech > Ale ma humorki. Najpierw wściekły a później uśmiech. Jak baba przed okresem.
>- Jak się miewa Hunter? > Później jest gadka o hipisie a ja myślałam, że to pies.
>Naśmiewaliśmy się z min srającego kota, > pewnie chodzi o srającego kota na pustyni. :D >strzelał aktor grający główną rolę. > ojej, jednak nie...
> Jak myślisz, czy wiedziała, że ją kochałem? Cholera jasna, czuję się, jakbym ją zabił. > To ona mu powiedziała, że go kocha, a on nie? Pffy!
>- Wiem.
- Jem?
- Tak? > Dziwnie to zabrzmiało, może tutaj lepiej nie zdrabniać imienia, bo jeszcze pomyśli ktoś (to znaczy ja), że ktoś je.
Skoro podzieliłam się już swoimi przemyśleniami, komentarzami i sugestiami, to zacznę czepiać się ogółu. Albo po prostu komentować, jak kto woli.
UsuńChyba ciężko Ci idzie z pisaniem o czymś radosnym, to znaczy chodzi mi o bohaterów. Niby jest taka Star, która była radosna, ale powtrzam, BYŁA. A główni bohaterowie to kto? Jacyś smętni, użalający się chłoptasie? Oks, to dopiero pierwszy rozdział, także rozumiem i zaczynam dopiero poznawać Matta.
Jem za bardzo rozpamiętuje przeszłość. Napisałaś, że to pogrzeb odbył się tamtej wiosny, czyli jakiś czas minął. Serio, nie lubię takich użalających się nad sobą typków, a tym bardziej obwiniających się o zabicie kogoś. Ale taka może Twa natura, że wolisz mroczniejsze klimaty. Nic, tylko czekać, aż wykreujesz kogoś radosnego.
Chętnie bym przeczytała, jak Matt i Jem wyglądają (ale Matt to już chyba został jakoś opisany). Jem jako blondyn nie za dużo mówi. ;D
Jestem ciekawa, jaki związek ma tamta dziewczyna z prologu i bohaterowie rozdziału pierwszego. Bo coś musi ich łączyć, tak? W każdym razie dowiemy się o tym później. :)
Ale, ale, ale! Opublikowałaś trzy posty na jeden dzień (12 lipca), czy mi się wydaję? Od razu napiszę, że to nie jest dobry pomysł. Lepiej rozplanować sobie i wstawić jeden post na tydzień, niż później obwiniać się, że nie ma się gotowego rozdziału, a potem czytelnicy czekają i czekają. Taka systematyczność byłaby odpowiednia.
Co do wyglądu tekstu.
Akapity, justowanie i zapis dialogów.
Akapity muszą być, bo są ważną rzeczą. To sprawia, że tekst jest bardziej przejrzysty.
Justowanie, dość prosta sprawa i łatwa. Też nadaje tekstu przejrzystości.
Zapis dialogów. Nie zapisujemy od dywizu! Takie oto znaczki: –—, – służą do tego.
No to dalej.
Ciekawa również jestem, w jakim mieście mieszkają nasi bohaterowie. Niby nic nie znacząca uwaga, ale dla mnie jest to dość ważne.
Okej, to bez zbędnego przedłużania kończę i czekam na dwójeczkę. :)
Pozdrawiam!
I.
PS wyłącz weryfikację obrazkową.
Na wstępie chciałabym stokrotnie podziękować Ci za opinię, bo wyjątkowo mi na tym zależy. A teraz krótkie wyjaśnienia, bez tego w końcu się nie obędzie :P
UsuńW gruncie rzeczy nie wiem dlaczego wybrałam akurat imię Matt, ale po prostu mam do niego sentyment. Nie mogę tak naprawdę wymyślić konkretnego powodu, jakoś tak je lubię. Ale fakt, jest dość popularne.
Co do śmierci jego rodziców, jest jedną z tych niewyjaśnionych śmierci, czymś w rodzaju skrywanej przez lata wstydliwej tajemnicy.
I wiem, że Matt wychodzi tu na humorzastego, zdziecinniałego i na dodatek nie ma w nim żadnego entuzjazmu do życia, co pewnie czyni go dość irytującym. To dopiero pierwszy rozdział, także dopiero się rozkręca.
Ja też nie lubię użalających się nad sobą typów. Naprawdę. Ale czasami trzeba pisać o początkowo denerwujących bohaterach, żeby później ich polubić.
A teraz kilka pomniejszych kwestii. Prostytutki – myślę, że dałoby się wydać milion, szczególnie gdyby ktoś wielokrotnie korzystał z ich usług. Szara papka – nie mogła się nie pojawić. W końcu to wymyślone przeze mnie Coldgrove, w którym wszystko jest beznadziejne. Jak więc na stołówce mogliby podawać fast foody? Tygodnie, miesiące i tak dalej – zakładając, że nie widzieli się od kilku miesięcy, jeżeli mamy na myśli na przykład dwa, można powiedzieć, że to kilka tygodni.
Tak, tak, wszyscy zawsze wytykają mi ten nieustający pesymizm i ponurość. Niestety, tak już mam. Łatwiej mi pisać o cierpieniu, niż o szczęściu. Nie, nie mam depresji czy czegoś takiego. To tylko wadliwa przypadłość spowodowana pewnymi wydarzeniami.
Fakt, Matt i Jem sprawiają na pierwszy rzut oka wrażenie smętnych i użalających się nad sobą. Ale gwarantuję, że to tylko kwestia czasu. Jeszcze kiedyś mają szansę na stanie się nieznośnymi wesołkami czy ludźmi, którzy zachowują się, jakby dopiero co uciekli z psychiatryka zanosząc się szaleńczym śmiechem...
Hmm... 12 lipca pojawiło się kilka słów ode mnie+prolog, a po drugiej w nocy rozdział pierwszy. Więc już trzynastego :P
Wezmę sobie do serca Twoje rady i do następnego rozdziału zastosuję pięciokrotną korektę. I bardzo cieszy mnie myśl, że chociaż ktoś czeka, postaram się dodać jeszcze przed siedemnastym, bo wyjeżdżam i na kilka dni będę odcięta od świata.
Szlag, zupełnie zapomniałam o akapitach. Zaraz poprawię, bo to aż razi :P
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam,
Daydreamer ♣
A teraz to aż miło się wchodzi na tego bloga i słucha swoich ulubionych kawałków. The Beatles, Muse, Peppers i inni. ;) Nie wiem czy Ty ich słuchasz, ale jeżeli tak, to fajnie, że natrafiłam na kogoś z podobnym gustem muzycznym.
UsuńW sumie to pominęłam tu część piosenek, które kocham, bo jest ich zbyt dużo, żeby wymieniać... No ale tak - to właśnie jest dla mnie najbardziej inspirująca muzyka na świecie.
UsuńI ja także gratuluję dobrego gustu :)