Słuchane podczas pisania...

sobota, 12 lipca 2014

Rozdział 1


W nocy rozpętała się ogromna burza. Błyskawice przeszywały niebo co kilka sekund. Matt nigdy się do tego nie przyznawał, ale była to jego praktycznie jedyna fobia. Kiedy słyszał grzmienie, stawał się zestresowany i spięty. Nie miał pojęcia dlaczego. Często przeczuwał, że lęk mógł mieć coś wspólnego z wypadkiem, w którym zginęli jego rodzice. Oczywiście nigdy nie poznał szczegółów, ta śmierć pozostawała wielkim, wyraźnie nakreślonym znakiem zapytania.
Usiadł na parapecie, starając się opanować drżenie rąk.
To było najlepsze rozwiązanie – odzyskać spokój ducha. Co kilka sekund podrygiwał, huk piorunów skutecznie wybudzał go z zamyślenia. Kto jednak by się tym przejmował? Jako sporadyczny optymista uznawał za ważniejsze to, że nie ukrył się w bezpiecznym zakątku własnego łóżka. Stawił czoła temu, co od niepamiętnych czasów go niepokoiło. To był w pewnym sensie postęp.
Słuchał muzyki. Jedyne, co naprawdę potrafiło choć na kilka minut poprawić swoje mniemanie o otaczającym świecie. Kiedy dźwięki rozbrzmiewały, cichły krzyki stłamszonych, cierpiących lub głodujących ludzi. Brutalne realia XXI wieku znikały, był tylko majaczący w jego umyśle głos, który uporczywie podpowiadał: Wcale nie jest tak, jak ci się wydaje.
Starał się nie myśleć, ale było to chwilowo niewykonalne.
Uważał, że egzystencja bez obowiązku używania szarych komórek, byłaby czymś wspaniałym. Ale gdyby snuł się po ulicach niczym zombie lub bezmyślny jamochłon, nie mógłby grać na gitarze, a to w istocie napędzało cały jego organizm do współpracy. Bez gitary nie byłoby dla niego miejsca na świecie, więc musiał użerać się z nieposłusznym mózgiem.
Wegetował tak pomiędzy początkiem burzy a świtem. Mimo faktu, że miał dopiero nieskończone jeszcze siedemnaście lat, czuł się jak pięćdziesięciolatek, który przebalował majątek, przepijając jeden milion, a drugi wykorzystując na zabawianie się z prostytutkami.
Nie jest wykluczone, że można fizycznie być dzieciakiem, a mentalnie dorosłym, zdesperowanym człowiekiem. To wyjątkowo męczące i ogromnie przygnębiające. Ale dla Matta nie robiło to żadnej różnicy, ogółem od kilku ostatnich miesięcy czuł się, jakby rozjechał go autobus. Miał ku temu mnóstwo powodów.
Podciągnął rękaw granatowej bluzy, spoglądając na zegarek. Trzecia trzydzieści, a deszcz dalej nie przestawał wściekle bębnić o blaszany dach. Burzowy krajobraz zdawał się wręcz emanować grozą.
Muzyka pozwoliła mu na moment zapomnieć o przyjaciołach. To stwierdzenie było słodko – gorzkie. Z jednej strony cieszył się, że odpoczął od zmartwień, a z drugiej poczucie winy zapłonęło w jego żołądku okropną zgagą.
Trochę tęsknił za czasami, w których dla wszystkich był bezimiennym samotnikiem. Miało to sporo zalet. Z tym, że nie żył. Na tym polega różnica między istnieniem w odosobnieniu, a posiadaniem przyjaciół. Kiedy ma się odpowiednie towarzystwo, życie nabiera wielu kolorów i smaków. Jest jak sałatka owocowa, podczas gdy samotność można porównać jedynie do szarej papki podawanej w szkolnej stołówce.
Gdy miał dziesięć lat poznał swojego rówieśnika, Jamesa. Oczywiście nie zaprzyjaźnili się od samego początku, to, co łączyło ich podczas pierwszych kilku dni było bardzo bliskie jawnej nienawiści. Teza, że muzyka łagodzi obyczaje i zbliża do siebie ludzi, jest bardzo prawdziwa i sprawdziła się także w tym przypadku.
Często trafiali do szkolnej kozy, będąc jednymi z typowych łobuziaków grających na nerwach niekompetentnym nauczycielom. Niekiedy James wahał się, czy na pewno powinni wymyślać kolejne wyjątkowo pomysłowe dowcipy, a wtedy Matt zwykł pocieszać go w pewien bardzo charakterystyczny dla siebie sposób.
- Hej, Jem, czy zapomniałeś już po co są zasady? Żeby je łamać! - mawiał, entuzjastycznie się uśmiechając.
Teraz wcale nie twierdził, że zasady istnieją po to, żeby je łamać. Był co prawda przeciwnikiem kompletnego wtapiania się w szarą masę, ale zrozumiał, że bez reguł nic nie miałoby sensu. To była pierwsza z dojrzałych decyzji, jakie podjął. Nie zrezygnowali oczywiście z uprzykrzania się pedagogom, ale nieco złagodnieli w swoich haniebnych poczynaniach.
Na wspomnienie wybryków z wcześniejszych lat życia wyraz jego twarzy zmienił się z melancholijnego na żałośnie przygnębiony. Brakowało mu Jamesa, ich wspólnych rozmów i szaleńczych śmiechów. Nie przyznawał się do tego, ale już wielokrotnie chciał wziąć wreszcie telefon i zapytać dlaczego nie rozmawiali od kilku miesięcy.
Pozytywną stroną tego wszystkiego, dzięki Bogu, pozostawał Anthony. Starszy o rok i często uważany za starszego brata Matta. Nie byli do siebie zbyt podobni, po prostu to pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa się przeciętnemu człowiekowi gdy widzi uśmiechniętych od ucha do ucha chłopaków rozprawiających między sobą na jakiś średnio wyszukany temat, z czego jeden jest niski i dość chudy, a drugi wysoki i umięśniony. Anthony'ego poznał kwestią przypadku, któregoś dnia zauważył czerwony samochód na podjeździe domu obok, a następnego poranka szli już razem do szkoły, ponieważ zostali sąsiadami.
Podczas gdy James zamknął się we własnym świecie, Anthony wolał rozmawiać z Mattem o wszystkim, co tak diametralnie obróciło w proch wszystkie beztroskie dni. O wydarzeniach, które miały miejsce kilka miesięcy wcześniej i utkwiły w pamięci każdego z nich, mącąc myśli i zmieniając umysły w kupkę popiołu.
Matt doskonale pamiętał dzień, w którym spotkał Star Parker. Tak naprawdę miała na imię Maia, ale zdecydowanie bardziej pasowało do niej to, którym na wieki ochrzcił ją James. Siedzieli razem w stołówce, zacięcie pałaszując składający się z ohydnych kanapek i podejrzanie wyglądającej surówki lunch. Star zwyczajnie przysiadła się do ich stolika. Wbiła przeszywające spojrzenie w Jamesa i bez cienia nieśmiałości zapytała, czy mógłby nauczyć ją grać na perkusji.
Gdyby się nie zgodził, Matt do woli miałby prawo nazywać go dupkiem, jak czynił to w celu wyrażenia sympatii. Z tym, że trudno było mu odmówić, bo Maia była niesamowicie piękna, to przyznawał bezwzględnie każdy. Zaokrąglona w odpowiednich miejscach, szczupła i wysoka. Z burzą czarnych loków, szarymi oczyma i hipnotyzującym uśmiechem, przyciągała facetów niczym magnes.
Nigdy nie odpowiadała na te zaloty, bo życie uczuciowe było jej obojętne. Znalazła przyjaciół – Jamesa, Anthony'ego i Matta. Rozmawiali o muzyce, wszystko było w idealnym porządku i tak, jak powinno być. Do dnia, w którym James beznadziejnie się w niej zakochał i w ten sposób wszystko pogrzebał. Ponieważ miłość bywa niebezpieczna, a Star odwzajemniała to uczucie. Zdążyła powiedzieć, że go kocha tylko jeden, jedyny raz.
Dwa tygodnie później umarła.
Nigdy nie wybaczyli jej, że nie powiedziała, że miała problemy z sercem. Gdyby tylko zauważyli, gdyby tylko wiedzieli... zapewne nie odezwaliby się ani słowem, bojąc się bólu straty. I zwyczajnie odeszła, we śnie, wtulona w poduszkę. Matt uważał skrycie, że śniła o Jamesie. Wolałaby zdecydowanie tracić życie obok niego, nie obok poduszki. I ten fakt napawał go goryczą, zwątpieniem w dobro, oraz poczuciem ogromnej niesprawiedliwości.
- Ludzie nie powinni umierać w tak młodym wieku – wybąkał przez mikrofon podczas jej pogrzebu, kiedy rodzice Star poprosili go o krótką przemowę. Wolał śpiewać, nie mówić. Mówienie było zbędne, to poprzez śpiewanie wyrażał targające nim emocje. Słysząc poirytowane szepty, dodał jeszcze jedno, krótkie i bardzo trafne zdanie. - To niesprawiedliwe.
To niesprawiedliwe. Tylko na tyle było go stać. Odszedł, wycofując się gdzieś w kąt i ukradkiem uronił kilka łez w kołnierz płaszcza. Z natury był osobnikiem nieśmiałym, wolał tłumić wszystko w płucach, tamować krwotoki toczące się ze świeżych ran. Wstydził się płakać, bo wydawało mu się to czynnością na tyle intymną, że nie powinno wykonywać się jej w obecności ludzi. James natomiast nie krępował się absolutnie. Szlochał jak małe dziecko, dzięki czemu już na zawsze pozostał Piotrusiem Panem. Anthony ze zbolałą miną objął go ramieniem i wgapił się w trumnę, która właśnie spędzała ostatnie sekundy ponad powierzchnią gleby.
Od tamtej wiosny jej martwe, nieruchome ciało spoczywało pogrzebane. Ubrane w toporną czarną suknię i ze związanymi włosami, na życzenie rodziców. Jej przyjaciele wiedzieli, że wolałaby zdecydowanie pomarańczową, luźną spódnicę do kompletu z kolejną kwiecistą bluzką z second handu. A na głowie chciałaby mieć wianek ze stokrotek. Ale nie, zakopali ją jako sztywniacką Maię, którą nigdy nie była.
Na samo wspomnienie tamtego makabrycznego widoku żołądek Matta zwinął się w supeł, po czym rozpaczliwie zaczął domagać uwolnienia się od swojej zawartości. Chłopak przełknął ślinę, czując nikłą warstwę potu na karku. Naprawdę kochał Star jak siostrę, tak samo, jak kochał Jamesa, jak brata.
A teraz zamartwiał się jak głupi o jego stan psychiczny. W dniu śmierci Star zgasła najjaśniejsza gwiazda Jamesa, ale Matt i Anthony gorączkowo starali się oddalić go od pomysłu samobójstwa. Skutecznie. Czasem nie wiedzieli, czy postąpili zgodnie z zasadami moralnymi. Zbyt dużo cierpienia jak na jednego, kompletnie zwyczajnego siedemnastolatka.
Matt nie chciał stracić kolejnego przyjaciela. Tyle razy rozmawiał na ten temat z Anthonym, ale zawsze dochodzili zgodnie do wniosku, że nie powinni więcej się mieszać, bo może to tylko pogorszyć sytuację. Z każdym dniem coraz bardziej w to wątpili, bo coraz bardziej się od siebie oddalali.
Zerknął na zegarek. Czwarta czterdzieści dwie. Samotność przytłaczała go jak ogromny głaz na barkach. Pewnie dlatego, że bardzo potrzebował towarzystwa, chcąc z kimś porozmawiać. Z kimś, to znaczy z Jamesem. Tak dobrze byłoby znów usłyszeć głos człowieka, którego uważał za mentalnego bliźniaka.
Usłyszał dzwonek telefonu. Ziewnął i leniwie poderwał się z miejsca, zeskakując jak kot na podłogę. Jego bose stopy bezszelestnie poruszały się po miękkim dywanie. Numer zastrzeżony. Zirytowany, pomyślał,że to znowu ci nachalni sprzedawcy, którzy próbują wcisnąć na siłę któryś ze swoich zmieniających życie produktów.
- Słucham? - mruknął zaspanym tonem. Podczas gdy rozmówca nieco zwlekał z odpowiedzią, popatrzył na własne odbicie w lustrze. Korciło go, żeby wypowiedzieć cicho jakieś oszczerstwo pod swoim adresem, ale nie mógł tego zrobić, pozostając w kontakcie z jakimś zastanawiającym się człowiekiem. To wahanie doprowadzało go do szału, więc jeszcze raz powtórzył pytanie, tym razem trochę bardziej stanowczo.
- Hej, Mattie.
Głos Jamesa był ogromnym zaskoczeniem. Takim, że zachwiał się i musiał uchwycić stołu, żeby nie wyrżnąć na podłogę i nie uderzyć w nią głową.
- To... to ty? - zapytał. Zamiast zwyczajowo przypomnieć, że nie życzy sobie używania tego okropnego zdrobnienia.
- Nie, wiesz co, Marylin Monroe – sarkastycznie zażartował James.
- Z nią na pewno pogadałbym szybciej, niż z tobą – odgryzł się. Oskarżycielski ton nie wskazywał na pozytywne nastawienie. Nagle poczuł rosnącą wściekłość. Po kilku tygodniach milczenia ten zdradziecki sukinsyn ośmielił się dzwonić do niego, jakby nic się nie stało?
- Przepraszam. - To słowo zabrzmiało jak wołanie o pomoc w próżni. Błagalnie. Tak, że wściekłość Matta przerodziła się w zmieszanie i zażenowanie. - Mogę do ciebie wpaść? - padło niebezpieczne pytanie.
- Jest czwarta – przypomniał gorzko.
- Wiem, ale... - wychrypiał James, chcąc się wytłumaczyć, ale Matt natychmiast przerwał:
- Zapomniałeś, że jest burza? Nie, nie śpię.
- Tak...
- No to wpadaj – westchnięciem zakończył tą idiotyczną rozmowę.
I po raz pierwszy od dłuższego czasu na jego twarzy zakwitł uśmiech, który byłby w stanie zaświecić żarówki w całym Coldgrove. Krążą różne mity na temat przyjaźni, a w rzeczywistości jest tylko jeden, wręcz banalny i oczywisty fakt: jest zależna od zdarzeń losowych. Takim losowym zdarzeniem rozpoczęła się ich znajomość. A teraz musieli pozbierać się do kupy, wykonać resuscytację, która mogła uratować ich od stoczenia się w przepaść.

*******

James zaklął cicho kiedy kwestią przypadku wdepnął w kałużę. Wzdrygnął się na widok przesiąkniętych deszczówką butów, po czym odgarnął z czoła jasną grzywkę. Wspomnienie, że Star bardzo lubiła jego włosy, choć czasem nabijała się z ich odcieniu, perfidnie nazywając go tępą blondynką, spowodowało bolesne ukłucie w piersi. Poczuł się, jakby wielka piła mechaniczna boleśnie masakrowała jego wnętrzności.
Odetchnął chłodnym, listopadowym powietrzem. W szarych oczach chłopaka pojawiła się znajoma gorycz. Od domu Matta dzieliło go piętnaście minut piechotą, aczkolwiek wydało mu się to olbrzymią odległością. Z każdym krokiem było coraz gorzej. I z każdym krokiem powtarzał w myślach to samo imię. Imię, z którym budził się na ustach, i które jego umysł wykrzykiwał przed zaśnięciem.
Star.
Star.
Star.
Odeszłaś. Dlaczego, do cholery, zostawiłaś mnie samego na tym dziwnym świecie? Zapomniałaś, że zawsze to ja byłem tym idiotą, którego musiałaś prowadzić za rękę, by nie zabłądził?
Star.
Wszystkie bloki w Coldgrove wyglądały prawie tak samo, ten jedyny jednak z łatwością rozpoznawał. Skręcił w ulicę po prawej i przeciął skrzyżowanie. Klatka schodowa pachniała mieszaniną kocich sików z potem. Od strony piwnicy zalatywała trochę stęchlizną. Na ścianach widniały graffiti wykonane przez miejscowych dresiarzy. Zmarszczył nos, krzywiąc się. Ostatnio był tu jakiś czas wcześniej, tylko po to, żeby oddać Mattowi książkę. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Cześć.
- Cześć.
- Przyniosłem ci książkę.
- I jak?
- Całkiem spoko. Cześć, muszę lecieć.
- Cześć.
A teraz mieli gadać tak, jak dawniej. Mieszkanie numer piętnaście. Dzwonek.
Trudno było mu wyciągnąć rękę i musnąć palcem biały, okrągły przycisk. A jednak, ośmielił się i po krótkim namyśle zrobił to. Kiedy Matt otworzył drzwi, wyglądał na nieco zdezorientowanego.
Uwagę Jamesa przyciągnął fakt, że jego przyjaciel nie przypominał zupełnie siebie. Z zapadniętymi policzkami, podkrążonymi oczyma i w obwisłych ubraniach, które sprawiały, że wydawał się być jeszcze szczuplejszy, niż był w rzeczywistości. Jedyne, co się nie zmieniło, to łagodnym, wręcz dziecięcy wyraz twarzy kontrastujący z cieniem melancholijnego uśmieszku. I włosy rozczochrane na wszystkie strony.
- Cześć, Jem – powiedział cicho.
- Hej – wydusił z siebie James. Na nic więcej się nie zdobył, bo zrozumiał, jaki ogromny błąd popełnił. Mógł przewidzieć, że Matt mógł odebrać jego chwilowe załamanie jako coś w rodzaju wymierzenia policzka.
Przeszli przez próg. Zapadło niezręczne milczenie, bo nie mieli pojęcia, co należało powiedzieć. Usiedli przy biurku w pokoju Matta, jak zawsze zabałaganionym i ze ścianami obwieszonymi plakatami jego ulubionych zespołów rockowych. Z sąsiedniej sypialni dobiegło głośne chrapanie. Na ten dźwięk James bezwiednie uśmiechnął się.
- Jak się miewa Hunter? - zapytał od niechcenia. Całkiem lubił tego podstarzałego hippisa, który był kimś w rodzaju stryja Matta. To znaczy, przetrzymywał go pod swoim dachem z winy rodzinnych zobowiązań.
- Dobrze – padła szybka, lakoniczna odpowiedź.
- A ty? - zagadnął James, trochę obawiając się reakcji.
- Nie wiem – Matt westchnął ciężko. Znali się zbyt dobrze, żeby musieć próbować czytać sobie w myślach. Przychodziło to naturalnie, bezproblemowo. I czuli się praktycznie idealnie.
- Ja beznadziejnie – przyznał blondyn. Wybrał idealne określenie. Beznadzieja. Wszechogarniająca beznadzieja i bezsilność.
- Chodzi o...
- Tak – wykrztusił z trudem.
- Dasz radę, stary – Uśmiech. Jeden, krótki uśmiech na doskonale znanej twarzy dodał skrzydeł zrozpaczonemu Jamesowi. Bił od niego taki spokój, wręcz zaraźliwy. Krzepiący tak, jak ciepłe ognisko pośród zlodowaciałych gór i hulającej wichury. Zapragnął zwierzyć się jak za dawnych czasów. I rzeczywiście to zrobił, choć kosztowało go nieopanowane drżenie warg.
- Ciągle mi się śni. Taka chłodna, jak wtedy, kiedy... - urwał w pół zdania. Wziął jednak głęboki oddech i kontynuował wbrew wewnętrznemu, zdradliwemu szeptowi. - Pamiętasz, jaka wesoła była tego ostatniego dnia? Przyszła do mnie i jedliśmy pizzę, oglądając jakiś głupi film akcji. Naśmiewaliśmy się z min srającego kota, które strzelał aktor grający główną rolę. Pocałowałem ją na pożegnanie. Jak myślisz, czy wiedziała, że ją kochałem? Cholera jasna, czuję się, jakbym ją zabił.
Na chwilę ukrył twarz w dłoniach. Oddychał z pewną trudnością, a serce Matta zapragnęło wyrwać się z piersi.
- To nie twoja wina, przecież wiesz – powiedział tym samym ledwo słyszalnym głosem. W pustej, bezkresnej ciszy był jednak ogromnym wrzaskiem.
- Wiem.
- Stary?
- Tak?
- Dobrze było cię znowu zobaczyć.
Ich zbolałe uśmiechy zalśniły w ciemnościach niczym dwa świetliki.

6 komentarzy:

  1. >Matt nigdy się do tego nie przyznawał, ale była to jego praktycznie jedyna fobia. > W ciągu dwóch dni natrafiłam na trzy opowiadania, gdzie bohaterowie mają na imię Matt. Albo komuś tu się nie chce pomyśleć nad jakimś sensownym imieniem, albo to ja mam pecha.
    >Kiedy słyszał grzmienie, stawał się zestresowany i spięty. Nie miał pojęcia dlaczego. > No przecież fobie ma, to jak nie ma pojęcia, czemu tak się dzieje?
    >Oczywiście nigdy nie poznał szczegółów, ta śmierć pozostawała wielkim, wyraźnie nakreślonym znakiem zapytania. > Hm... Czyli przeczuwał, że śmierć rodziców miała coś wspólnego z burzą?
    > Usiadł na parapecie, starając się opanować drżenie rąk. > Jedna uwaga: starając opanować drżenie rąk, bez tego 'się', bo jest zbędne. A co do tego zdania. Parapet to tak jakby część okna, jak ktoś, kto ma lęk przed burzą, usiądzie na tym, skoro widać za szybą rozszalałą burze? No ale może on jest taki, co chce pokonać fobie. Trzymam kciuki!
    > Ale gdyby snuł się po ulicach niczym zombie lub bezmyślny jamochłon, nie mógłby grać na gitarze, a to w istocie napędzało cały jego organizm do współpracy. > Jamochłon? Cococo.
    >Bez gitary nie byłoby dla niego miejsca na świecie, więc musiał użerać się z nieposłusznym mózgiem. > To zdanie jest do kitu. Ogólnie wydaje mi się, że pisałaś to wszystko na przymus. Nie przemyślałaś tego do końca.
    > Mimo faktu, że miał dopiero nieskończone jeszcze siedemnaście lat [...] > A mi się wydawało, że przynajmniej jedenastolatek. No ale jaki jedenastolatek gra na gitarze...
    > [...] przepijając jeden milion, a drugi wykorzystując na zabawienie są z prostytutkami. > Skoro Matt, to jakiś inny kraj niż Polska, np. USA, więc np. milion dolarów czy funtów na prostytutki? Trochę za duża ta liczba...
    > To stwierdzenie było słodko – gorzkie. > słodko-gorzkie, dywiz, nie myślnik.
    > a z drugiej poczucie winy zapłonęło w jego żołądku okropną zgagą. > hehehe.
    > Miało to sporo zalet. Z tym, że nie żył. > Jedna aspołeczna dziewczyna w prologu, a tutaj jakiś cichy samobójca. Chyba nie lubisz kreować pozytywnych postaci.
    > [...] podczas gdy samotność można porównać jedynie do szarej papki podawanej w szkolnej stołówce. > Nie jest tak źle! Zaraz tam szara. Tak serio, to podają tam naprawde świetne żarcie, zaczynając od owoców (dostajesz za darmo) po fast foody, ale to w USA. ^^ Nie wiem, gdzie odbywa się akcja, szkoda.
    >Często trafiali do szkolnej kozy > oks, to chyba chodzi Ci o USA.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >Często trafiali do szkolnej kozy > oks, to chyba chodzi Ci o USA.
      >po prostu to pierwsze skojarzenie, jakie nasuwa się przeciętnemu człowiekowi gdy widzi uśmiechniętych od ucha do ucha chłopaków rozprawiających między sobą na jakiś średnio wyszukany temat [...] > no nie jestem zbyt pewna co do Twoich przekonań. :)
      > Star zwyczajnie przysiadła się do ich stolika. Wbiła przeszywające spojrzenie w Jamesa i bez cienia nieśmiałości zapytała, czy mógłby nauczyć ją grać na perkusji. > nie wiem czemu, ale widzę w tym trochę Beatlesów. XD
      >Gdyby się nie zgodził, Matt do woli miałby prawo nazywać go dupkiem, > do woli miałby prawo? Dziwne, bardzo dziwne.
      >Dwa tygodnie później umarła. > Khee.... coooo?
      >Nigdy nie wybaczyli jej, że nie powiedziała, że miała problemy z sercem. Gdyby tylko zauważyli, > co mieliby zauważyć? :D
      >Zerknął na zegarek. Czwarta czterdzieści dwie. > Długo o tym myślał.
      >Zirytowany, pomyślał,że to znowu ci nachalni sprzedawcy, > Zirytowany, pomyślał, że, to, znowu, ci, nachalni, sprzedawcy. Ale tak serio, to: zirytowany pomyślał, że to znowu [...]
      >- Hej, Mattie.
      Głos Jamesa był ogromnym zaskoczeniem. > No to teraz może go zapytać, czemu nie rozmawiali od miesięcy! Lepszej okazji nie znajdzie.
      >Po kilku tygodniach milczenia ten zdradziecki sukinsyn ośmielił się dzwonić do niego, > A nie po kilku miesiącach?
      >I po raz pierwszy od dłuższego czasu na jego twarzy zakwitł uśmiech > Ale ma humorki. Najpierw wściekły a później uśmiech. Jak baba przed okresem.
      >- Jak się miewa Hunter? > Później jest gadka o hipisie a ja myślałam, że to pies.
      >Naśmiewaliśmy się z min srającego kota, > pewnie chodzi o srającego kota na pustyni. :D >strzelał aktor grający główną rolę. > ojej, jednak nie...
      > Jak myślisz, czy wiedziała, że ją kochałem? Cholera jasna, czuję się, jakbym ją zabił. > To ona mu powiedziała, że go kocha, a on nie? Pffy!
      >- Wiem.
      - Jem?
      - Tak? > Dziwnie to zabrzmiało, może tutaj lepiej nie zdrabniać imienia, bo jeszcze pomyśli ktoś (to znaczy ja), że ktoś je.

      Usuń
    2. Skoro podzieliłam się już swoimi przemyśleniami, komentarzami i sugestiami, to zacznę czepiać się ogółu. Albo po prostu komentować, jak kto woli.
      Chyba ciężko Ci idzie z pisaniem o czymś radosnym, to znaczy chodzi mi o bohaterów. Niby jest taka Star, która była radosna, ale powtrzam, BYŁA. A główni bohaterowie to kto? Jacyś smętni, użalający się chłoptasie? Oks, to dopiero pierwszy rozdział, także rozumiem i zaczynam dopiero poznawać Matta.
      Jem za bardzo rozpamiętuje przeszłość. Napisałaś, że to pogrzeb odbył się tamtej wiosny, czyli jakiś czas minął. Serio, nie lubię takich użalających się nad sobą typków, a tym bardziej obwiniających się o zabicie kogoś. Ale taka może Twa natura, że wolisz mroczniejsze klimaty. Nic, tylko czekać, aż wykreujesz kogoś radosnego.
      Chętnie bym przeczytała, jak Matt i Jem wyglądają (ale Matt to już chyba został jakoś opisany). Jem jako blondyn nie za dużo mówi. ;D
      Jestem ciekawa, jaki związek ma tamta dziewczyna z prologu i bohaterowie rozdziału pierwszego. Bo coś musi ich łączyć, tak? W każdym razie dowiemy się o tym później. :)
      Ale, ale, ale! Opublikowałaś trzy posty na jeden dzień (12 lipca), czy mi się wydaję? Od razu napiszę, że to nie jest dobry pomysł. Lepiej rozplanować sobie i wstawić jeden post na tydzień, niż później obwiniać się, że nie ma się gotowego rozdziału, a potem czytelnicy czekają i czekają. Taka systematyczność byłaby odpowiednia.
      Co do wyglądu tekstu.
      Akapity, justowanie i zapis dialogów.
      Akapity muszą być, bo są ważną rzeczą. To sprawia, że tekst jest bardziej przejrzysty.
      Justowanie, dość prosta sprawa i łatwa. Też nadaje tekstu przejrzystości.
      Zapis dialogów. Nie zapisujemy od dywizu! Takie oto znaczki: –—, – służą do tego.
      No to dalej.
      Ciekawa również jestem, w jakim mieście mieszkają nasi bohaterowie. Niby nic nie znacząca uwaga, ale dla mnie jest to dość ważne.
      Okej, to bez zbędnego przedłużania kończę i czekam na dwójeczkę. :)
      Pozdrawiam!
      I.
      PS wyłącz weryfikację obrazkową.

      Usuń
    3. Na wstępie chciałabym stokrotnie podziękować Ci za opinię, bo wyjątkowo mi na tym zależy. A teraz krótkie wyjaśnienia, bez tego w końcu się nie obędzie :P
      W gruncie rzeczy nie wiem dlaczego wybrałam akurat imię Matt, ale po prostu mam do niego sentyment. Nie mogę tak naprawdę wymyślić konkretnego powodu, jakoś tak je lubię. Ale fakt, jest dość popularne.
      Co do śmierci jego rodziców, jest jedną z tych niewyjaśnionych śmierci, czymś w rodzaju skrywanej przez lata wstydliwej tajemnicy.
      I wiem, że Matt wychodzi tu na humorzastego, zdziecinniałego i na dodatek nie ma w nim żadnego entuzjazmu do życia, co pewnie czyni go dość irytującym. To dopiero pierwszy rozdział, także dopiero się rozkręca.
      Ja też nie lubię użalających się nad sobą typów. Naprawdę. Ale czasami trzeba pisać o początkowo denerwujących bohaterach, żeby później ich polubić.
      A teraz kilka pomniejszych kwestii. Prostytutki – myślę, że dałoby się wydać milion, szczególnie gdyby ktoś wielokrotnie korzystał z ich usług. Szara papka – nie mogła się nie pojawić. W końcu to wymyślone przeze mnie Coldgrove, w którym wszystko jest beznadziejne. Jak więc na stołówce mogliby podawać fast foody? Tygodnie, miesiące i tak dalej – zakładając, że nie widzieli się od kilku miesięcy, jeżeli mamy na myśli na przykład dwa, można powiedzieć, że to kilka tygodni.
      Tak, tak, wszyscy zawsze wytykają mi ten nieustający pesymizm i ponurość. Niestety, tak już mam. Łatwiej mi pisać o cierpieniu, niż o szczęściu. Nie, nie mam depresji czy czegoś takiego. To tylko wadliwa przypadłość spowodowana pewnymi wydarzeniami.
      Fakt, Matt i Jem sprawiają na pierwszy rzut oka wrażenie smętnych i użalających się nad sobą. Ale gwarantuję, że to tylko kwestia czasu. Jeszcze kiedyś mają szansę na stanie się nieznośnymi wesołkami czy ludźmi, którzy zachowują się, jakby dopiero co uciekli z psychiatryka zanosząc się szaleńczym śmiechem...
      Hmm... 12 lipca pojawiło się kilka słów ode mnie+prolog, a po drugiej w nocy rozdział pierwszy. Więc już trzynastego :P
      Wezmę sobie do serca Twoje rady i do następnego rozdziału zastosuję pięciokrotną korektę. I bardzo cieszy mnie myśl, że chociaż ktoś czeka, postaram się dodać jeszcze przed siedemnastym, bo wyjeżdżam i na kilka dni będę odcięta od świata.
      Szlag, zupełnie zapomniałam o akapitach. Zaraz poprawię, bo to aż razi :P
      Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam,
      Daydreamer ♣

      Usuń
    4. A teraz to aż miło się wchodzi na tego bloga i słucha swoich ulubionych kawałków. The Beatles, Muse, Peppers i inni. ;) Nie wiem czy Ty ich słuchasz, ale jeżeli tak, to fajnie, że natrafiłam na kogoś z podobnym gustem muzycznym.

      Usuń
    5. W sumie to pominęłam tu część piosenek, które kocham, bo jest ich zbyt dużo, żeby wymieniać... No ale tak - to właśnie jest dla mnie najbardziej inspirująca muzyka na świecie.
      I ja także gratuluję dobrego gustu :)

      Usuń